piątek, 31 grudnia 2010

Orange

Sylwester dzisiaj jest. Zupełnie, jakby to miało znaczenie, z jakiej okazji naród jest najebany.

PS.Jeżeli Bóg istnieje, to jest pomarańczem.

czwartek, 30 grudnia 2010

Jak Sinatra

Wbij z butami im się na ryj, tańcz jak Fred Astaire,
Kiedy świat wykrzywia twarz - słyszysz pierdol się...
Jakkolwiek oni to jest zwykle temat śliski, bo nikt ich nie widział, co wcale nie przeszkadza wszystkim ich nie lubić. To jest chyba ta ludzka ciągota to obarczania, czy przypisywania czegoś siłom wyższym, albo wysokim na tyle, żeby miały wpływ, co jest zasadniczo sprawą dosyć pogmatwaną, bo ile by się człowiek nie modlił, niezależnie w jakim języku i do kogo, to i tak nigdy mu się sznurówki same nie zawiążą.

Nie mam co prawda kompetencji, żeby wyrokować, sądzić, a w niektórych przypadkach nie mam nawet kompetencji, żeby posiadać własne zdanie, ale za to mam jeszcze kilka szlugów w paczce (thanks goes to Magdalena und Wiesiek), więc mogę posiedzieć jeszcze jakiś czas przed monitorem.

To jest ruch wahadłowy, tutaj i tam, trochę jak u Sikora, bo z jednej strony Bóg jest pociętym listkiem tytoniu w bibułce i nasączonym benzyną knotem, atakowanym przez stado iskier, a wszystko w akompaniamencie surowych ścian, rury grzewczej i plastikowego parapetu; z drugiej strony włoskie trzewiczki, dżilet kontur plus, ikea, makdonalds, koka kola i ten, jak mu jest, empik. Dziwne to jest, jak ten moment, kiedy człowiek zaczyna sobie uświadamiać, że ci wszyscy ludzie za szkłem, czy na taśmach 35 milimetrów po filmie idą do kibla, bo ich sraczka tłucze, albo jedzą w niedzielę u mamy schabowego z ziemniakami i kapustą, ba! - że oni w ogólności mają jakieś życie poza planem, czy programem i taka Resich - Modlińska na przykład ma podrażnienia po goleniu miejsc intymnych (jakkolwiek zawsze będę uważał, że takie zastępowanie słowa cipa, albo fiut to jest oszustwo), Strasburger miewa w niedziele kaca i rzyga jak struty kot, a młody Damięcki, że o Rabczewskiej nie wspomnę, jak zapierdalają rano po bułki do spożywczaka bez mejkapu, to wyglądają przynajmniej normalnie.

Ja to nie wiem. Może rzeczywiście pani Teresa, która przez cztery lata trzyletniego liceum uczyła mnie języka polskiego miała rację i o tych rzeczach nie mówi się głośno nie dlatego, że nie wypada, a dlatego, że nie warto. Pewnie tak, ona zwykle miała rację, szczególnie w dyskusji ze mną. Ja chyba po prostu lubię pamiętać, że jakkolwiek ktoś świeci jaśniej, albo bardziej natarczywie, tak w głębi duszy każdy jest człowiekiem i nie wolno zapominać, że pomiędzy tymi wszystkimi godzinami wspaniałych i wartościowych chwil, którymi liczy się życie, a których suma w wielu przypadkach zapewne jest wykładnikiem jakości, no więc wszystkie cudowne chwile są przeplatane trawieniem, odprowadzaniem nieczystości, a jak ktoś jest sprytniejszy, to i w trakcie cudownej chwili może ukradkiem sobie pierdnąć.

Tak, tak, Eti, Rzeczpospolita Gówniana, wiem. Powinienem pisać tylko ładne teksty, jak bajki, o ludziach, którym układ pokarmowy kończy się na przełyku, a zmysłowy taniec ciał dwojga, albo więcej, dorosłych ludzi, którzy spoceni dyszą sobie do uszu jak wrestlerzy zastępuje się pocałunkiem.

Kiedy na świecie było dwoje ludzi, można było sobie pozwolić na nieświadomość, ale wydaje mi się, że teraz lepiej wiedzieć i się nie rozczarować, niż nie wiedzieć, bądź spychać wiedzę na żyzne pola nieświadomości i dać się wyhujać.

Tak z innej beczki, to Dąbrowska znowu kradnie piosenki. I znowu jej to wychodzi. Fajna laska.

środa, 29 grudnia 2010

Głowa mnie napierdala

Głowa mnie napierdala i się uśmiecham, bo taki jestem ekstrawagancki. Gdybym był jeszcze mocniej ekstrawagancki, zapewne srałbym magnoliami, albo aspiryną do żucia, chociaż to drugie się już kojarzy. Gdybym zamiast ekstrawagancji chciał się ubrać w mrok, prawdopodobnie przy każdym kichnięciu podrywałbym do lotu stado nietoperzy. Gdybym chciał być tak alternatywny, jak mogę, to wypierdywałbym chmurkę różowego dymu o zapachu lawendy, albo fiołków. Gdybym chciał nic nie robić, to nie byłbym leniwy, a zwyczajnie miał zawyżone wymagania motywacyjne. Gdybym był kotletem, to byłby to pierwszy kotlet w historii ludzkości, który poleciał w kosmos i wypatrzył nową galaktykę z inteligentnymi formami życia. Ludzie by mówili o mnie

-Patrz, Zenek, kuhwa, to ten kotlet, co gadał z Marsjaninem!
-O, coś podobnego! A o czym gadał?

O aspirynę pytałem, bo mnie łeb napierdala.

Ja po prostu czasami jestem okropnie zmęczony i nawet nie mam siły spać.

wtorek, 28 grudnia 2010

Psychic Hearts

W takie noce nie myślę o fajnych rzeczach, filozofii, metafizyce, logice ani protetyce, w takie noce nie myślę o tym, że dwudziesty któryś grudnia był jednym z tych dni, kiedy absurd miesza się z nonsensem i mam na stopach skarpetki z jakiegoś dziwnego materiału made in China, ani że wszystkie skarpetki i materiały są made in China, i że najpewniej cały świat jest made in China, a w każdym razie niedługo będzie, a to wcale nie jest tak dobrze, bo stopy mi się pocą i jest mi w nie jeszcze zimniej.

W takie noce nie myślę, że skończyła mi się w kubku kawa ani, że zaraz skończą mi się papierosy, ale na szczęście mam bibułki i popielniczkę pełną kiepów. Nie myślę, że lewa słuchawka dziwnie zsunęła mi się z ucha, dziwnie, bo w tył, a nie w dół, ale za to mam równo zaciągnięte sznurowadła i zadowolony z tego jestem, bo żadna ze stron nie wchodzi pod buta bardziej, obydwie strony dyndają tak samo.

Noce jak ta nie kojarzą mi się z filmami ani muzyką. Z obrazami i fotografiami też nie.

W takie noce nie przychodzą mi do głowy słowa w stylu love, hate, pierdolone transcendent, zafajdane always, a już na pewno nie durny tandem forever and never.

W noce jak ta myślę słowami pośliźnięcie, uraz głowy, uszkodzenie czaszki, minus piętnaście stopni, wychłodzenie organizmu, zgon, szczególnie zgon, to brzmi bardziej medycznie, sucho i bez emocji.

Bo noc jest hujnia mrok ziąb zima sukin kot, choć nie wieje i nie pada.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

niedziela, 26 grudnia 2010

Bóg

Jak się jest na obcym osiedlu z kilkoma piwami krążącymi w żyłach i zalegającymi w pęcherzu, to Bóg może okazać się krzaczkiem za komorą trafo.

piątek, 24 grudnia 2010

Życzenia

To nie jest tak, że nie lubię świąt, bo obłuda, hipokryzja, owczy pęd i konsumpcjonizm.

Nie lubię świąt tak, jak ktoś nie lubi oliwek w pizzy, albo majonezu na kromce z szynką. Tak po prostu.

Z tego właśnie powodu życzę wszystkim wesołego, zdrowego i szczęśliwego roku. Całego.

wtorek, 21 grudnia 2010

Obre

Nie mam zdrowia do tego wszystkiego, do tramwajów, busów, tłoku, światła i dźwięków. To jest nieporządek w chaosie. Gdzie ci wszyscy ludzie idą, jadą? Co oni, kurwa, domów nie mają?

To wszystko przez zimę. I torbę. Jak się nie ma torby, a bluzę zarzucić można na ramię, to świat jest jakieś czterdzieści sześć razy lepszy.

Nie, tak naprawdę, to wszystko jest przez przymus. Musi się tyle, że nie ogarniam. Nie da się tak po prostu wyjść o którejśtam, nie patrząc nawet na zegarek, bo tramwaj spierdoli, stodziewięćdziesiątcztery przejedzie w huj i dramat, i koniec, i kłaść się i umierać. A z buta nie zajdziesz, panie, ni huja, nie w tej temperaturze, nie w tym stanie skupienia chodnika, nie z poległą baterią w empetrójce. Takie obwarowania z każdej strony, pomięte bilety, drzwi windy otworzyć od razu, bo spierdoli i pod żadnym pozorem nie zatrzymuj się, bo cie tłum rozniesie jak gnój po polu. I wstawaj wcześniej, bo się nie dopchasz.

"Dlaczego?" to pytanie o powód, "Po co?" jest pytaniem o cel. Czy ktoś pomyślał, że dobrze byłoby zapytać o sens?

środa, 15 grudnia 2010

Wyrok

1.Cichy ma wyrok.

Wychodzi z budynku szpitala i od razu odpala peta swoją benzynową zapalniczką, bo Cichy zawsze od razu odpala peta, jak wychodzi z jakiegoś budynku. Nawyk wyrobiony jeszcze w liceum, przez lata wyewoluował w coś w rodzaju rytuału i jeżeli Cichy wychodzi skądś i nie odpala papierosa, to znaczy, że nie ma papierosa, albo że za chwilę świat się skończy, więc czasami ludzie pytają niepewnie, czy chce papierosa, w obawie, że brak tego małego gestu może zachwiać równowagę w kosmosie i stanie się coś brzemiennego w skutkach. A Cichy zawsze chętnie przyjmuje poczęstunek i odpala go swoim benzyniakiem.

Wychodzi z budynku, odpala peta i stoi tak jakiś czas. Myśli. Przez chwilę mogłoby się wydawać, że ma na twarzy coś w rodzaju smutku, czy może raczej niechęci. W rzeczywistości to znudzenie, znużenie i może trochę troska o to, jak uda mu się wytłumaczyć reszcie gdzie był cały dzień, co wcale nie będzie takie proste, szczególnie, że reszta na pewno zapyta. "Gdzie byłeś cały dzień?", zapytają, kiedy wróci do knajpy, a Cichy najpierw machnie ręką i może tym gestem uda mu się odgonić pytanie, albo może udałoby mu się, gdyby miał w tej ręce papierosa, ale nie będzie go miał, bo w knajpie nie wolno palić. "Zasrana ustawa", myśli Cichy z uśmiechem i to jest pierwszy uśmiech tego dnia, chociaż jest już druga.

Mężczyzna w granatowym uniformie uchyla drzwi i mówi Cichemu, że pod tą częścią szpitala nie wolno palić, wskazując palcem wiszący nad nimi napis "ONKOLOGIA". "To my tworzymy obyczaje", chciałby powiedzieć Cichy po Cortazarowskiemu, ale przypomina mu się widok dzieci leżących na oddziale, więc topi niedopałek w kupce śniegu zgromadzonej na koszu na śmieci, podnosi kołnierz kurtki i rusza przed siebie.

2.Bus toczy się tak szybko, jak szybko może toczyć się ponad dwadzieścia osób w blaszanym wielościanie napędzanym silnikiem diesla. Cichy gapi się w szybę i obrazy przelatujące za nią przypominają mu o jego chorobie lokomocyjnej, którą kiedyś miał, a której teraz już nie ma, bo jak się ma wyrok, to się nie marnuje czasu na pierdoły. Jakiś facet przed nim, tłusty i zarośnięty, wyjmuje z reklamówki świeży chleb i laskę kiełbasy. Zapach przypomina Cichemu, że od rana nic nie jadł i zaczyna mu burczeć w brzuchu. Kawa to za mało, nawet, jak dla niego.

Gdzieś w połowie drogi wsiada ładna dziewczyna. Gapi się na nią przez odbicie w szybie, jak płaci cztery pięćdziesiąt, a później siada z przodu, po lewej i kawałek jej wystaje zza fotela. Łokieć obleczony kraciastym rękawem kurtki, blond włosy płynące po ramieniu, jeansowa noga i but czarny, zimowy chyba, do którego jeans wpada. "Tyle można pooglądać za cztery pięćdziesiąt", myśli Cichy, i jeszcze, że to wcale nieźle jak na środek tygodnia i zimę, a później znów gapi się w szybę, bo nie wierzy w to wszystko, co za nią, bo to wszystko, co za szybą jest dla niego tak samo prawdziwe, jak on dla tego wszystkiego, a to wszystko nie wie nawet o jego istnieniu i nie może powiedzieć, że Cichy istnieje, a jak nie można powiedzieć, że coś jest, to znaczy, że tego nie ma. A przynajmniej zaraz nie będzie.

Wcale nie mam ochoty publikować ani linijki więcej.

wtorek, 14 grudnia 2010

Inaczej niż w raju

Luty był jednym z tych miesięcy, w których świat zaczyna wyglądać tak, jak się chce. Przez dzień, może dwa, wszystko wydawało się być na swoim miejscu i nawet śnieg nie atakował zamszu z taką zawziętością.

Łzy jak grad uderzały w podłogę, czy co tam trafiły.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Polska twoja mać

Wysłałem wiersze na konkurs poetycki i za nic nie pamiętam, gdzie, ani jak się ten konkurs nazywał. Tego drugiego też nie pamiętam. Wyniki miały być w grudniu i nawet nie sprawdzę, bo nie wiem, gdzie. A moje nazwisko jeszcze nie występuje w google.

Takie tango, lala. Pamiętam nazwisko Dilliup'a Gabadamudalige'a, i że jest twórcą ze Sri Lanki, i że robi nu-jazzo-ambient, a nie pamiętam, gdzie wysłałem wiersze. Kiedyś, kurwa, zginę i zapomnę, gdzie jestem.

I za nic nie mogę sobie przypomnieć, od kiedy mam problemy z pamięcią.

A to śpiewaliśmy, jak mieliśmy trzynaście lat i życie było piękne:

sobota, 11 grudnia 2010

Mont Donald

Był wczoraj facet z projektorem i prześcieradłem, na które to prześcieradło projektor rzucał obrazy. Facet jest alpinista i po górkach łazi, pokazywał filmiki i zdjęcia, opowiadał też, że ząb olbrzyma i w ogóle.

Patrzę na to Mont Blanc i się zastanawiam, po jakiego huja się tam idzie? Zapiernicza się te kilka tysięcy metrów wysokości bezwzględnej, a na szczycie wieje i zimno jak nie wiem co. I nawet McDonalda nie ma. Ba, mało co człowieka tam w ogóle uraczy. I tak w duchu dziękuję Świętopełkowi, że urodziłem się w tych skurwionych, nihilistycznych czasach zdegenerowanego dupczenia na okrętkę, których shopping&fucking to ostatnie rzeczy, które jeszcze kogoś ekscytują na co dzień.

niedziela, 28 listopada 2010

Armagiedon

Kobieta raczej w wieku po mutacji już mocno w tych tandetnych rękawiczkach za kilka złotych siedzi za szybką i płacze. Rękawiczki mają obcięte palce, a ona na swoich palcach ma plastry. Nie wiem, po co, bo niby skąd mam wiedzieć, mam osiem, może dziesięć lat, ale bardziej osiem, bo jeszcze nie palę, a żetony są po trzydzieści groszy.
Ciekawi mnie, co jest z jej palcami. Ma miłą twarz i jak proszę o żeton, to się uśmiecha, a z kącika oka spływa jej łza. Nie zapytam przecież.
Teraz jest piętnaście lat później i nadal nie wiem, a pani zniknęła razem z całym salonem gier, który przekształcił się trochę w kwiaciarnie, a trochę w nie wiem co, bo dawno tam nie byłem.

Siedzimy i dywagujemy gówniarsko trochę, filozofie życiowe piętnastolatków po trzech piwach. Ta ładna Polko-Żydówko-Greczynka, co za nic nie mogę sobie przypomnieć jej imienia, przysuwa się do mnie, a jak jej ramie zaczyna dotykać mojego, mówię "Odsuń się, bo mi piwo wylejesz". No. Ja zawsze miałem talent do marnowania okazji. I te ciemno zielone krzesła ogrodowe, gorzkie i rzadkie Tyskie, Sobieskie mocne, co niektórym od nich płuca wypadały na podłogę przy kaszlu, no.
Ona z Warszawy była. Natalia. Albo Monika. Nie pamiętam.

Takie rzeczy różne pamiętam. Bez ładu i składu. Kiedyś to wszystko wyschnie i się rozsypie.

czwartek, 25 listopada 2010

Nie mogę zacząć

Nie mogę zacząć. Trzeba będzie odpalić na nowo notesik, długopisik, pióreczko, spisywać te zdania i spisywać je spisywać, na karteczkę na karteczkę, zapełniać, zapełniać i tak aż do zapełnienia, a później patrzyć, jak się dysk pali i fpizdu ze wszystkim, pójdę w końcu do tego wojska.

wtorek, 23 listopada 2010

niezabardzo

"Niezabardzo", Ymre mówił, że to jest uniwersalne słowo w języku polskim.

Jak się czujesz? Niezabardzo.
Masz ochotę porozmawiać? Niezabardzo.
Pożyczysz mi sto złotych? Niezabardzo.
Jak się czujesz? Niezabardzo.
Masz czas? Niezabardzo.
Kochasz mnie?

Z nudów wrzucam randomowe zdjęcie.

wtorek, 16 listopada 2010

Generalnie

Nie wiem, no. Skąd mam wiedzieć.

To wszystko wkoło jest zbyt jasne, atakuje światłem, trzeba nosić okulary z pomarańczowymi szkłami, albo plastikami, bo to nigdy nie wiadomo.

No więc jest listopad, miesiąc długi, solidny i twardy.
Trzewiczki sprawują się wzorowo, nowy sweterek jest granatowy, dżinsy ufajdałem sobie soczkiem pomarańczowym, ale się spierze. Nie wiem, co więcej.
A, łańcuszek. Dwa lata przeszło noszenia go i nadal drażni mnie, kiedy się kładę, a on leży na szyi i jest.

Śluby panieńskie są przynajmniej słabe, za to fajnie się pluło z mostu na z wierzchu przymarzniętą rzekę.
Lexus IS200 nie jest taki strasznie drogi, dziesięcioletni dwulitrowy benzyniak można wyhaczyć między 13 a 30 tysięcy.
Skarpetki regularnie się gubią, ale wszystkie są czarne i nie ma znaczenia ilość.
Telefon dzwoni częściej, za to rzadziej muszę dzwonić.
W paczce kołacze się kilka West'ów jeszcze.
Nie jest źle.
To chyba początki spokoju.
Jak do lutego nie wyskoczy mi jakiś rak, albo tętniak, to chyba powoli plastelinka, ta fioletowa kulka, masa kisielasta, co spływa między palcami, zacznie nabierać kształtu i układać się tak, jak mi się spodoba.

Radość i tylko

środa, 3 listopada 2010

Ulotki

To są rzeczy chyba, nie jestem do końca przekonany, ale chyba tak, bo czas jest rzeczownikiem i miejsce też, i człowiek nawet. A rzeczownikami rządzą przypadki, więc rzeczowniki razy przypadki równa się zdarzenia.

środa, 27 października 2010

Italia

W różnych miejscach świata, na różnych wysokościach, w akompaniamencie różnych języków, karnacji, strojów, poglądów, filozofii, no więc wszędzie ważne są te same rzeczy i ludzie są sobie podobni. To Italia.

środa, 20 października 2010

Sz

Szkurwa, szykuj się świecie, hir aj kom.

hOkropność życiah pohlegha nah habstrahowaniu hogólnikhów horaz huogólnianiu szczeghółów.

Zawsze mi to poprawia humor, hue, hue, hue.

wtorek, 19 października 2010

Rękopis znaleziony w kieszeni 2

Bo ja wiem. Teraz pali się jakoś odruchowo, bez namysłu, jakby się oddychało, jakby się po prostu żyło, ale nie jest to rodzaj przyzwyczajenia, nie. To coś bardziej symbiotycznego, jakby te osiem centymetrów biało-czerwonego papierosa z wyraźnie nadrukowanym napisem West było czymś wrodzonym, naturalnie wytworzonym szóstym palcem, krzywo wyrastającym spomiędzy środkowego, a wskazującego.
Pali się, kiedy się pije kawę i lubi się ten smak, kiedy resztki płynu na języku łączą się z dymem i ta gorycz smakuje lepiej, niż całą chałwa dziewięćdziesiątego trzeciego, czy czwartego razem wzięta, ta chałwa, którą mama kupowała w domu towarowym, kobiety w białych fartuchach w niebieskie grochy kroiły wielkimi nożami z drewnianą rączką i zawijały w bibułowaty papier, który chyba fabrycznie był tłusty.
No więc pali się i już nie chowa się papierosa w dłoni przed wiatrem, żeby ten nie spalił go za nas, żeby nie ukradł ani milimetra dymu. Teraz pali się nie dlatego, że chce się kurzyć, bo nie ma tego strachu, pomimo częstego braku pieniędzy. Teraz pali się, bo się pali, bo pet jest wpisany w okręg dnia, miesiąca, roku, życia, bo gdybym pozował do rysunku człowieka witruwiańskiego, to miałby w prawej dłoni szluga i to nie jest ten rodzaj związku, w którym przyzwyczajenie zabija uczucie, bo zna się wartość papierosa, wie się jakim jest przyjacielem.

Rękopis znaleziony w kieszeni

Zimny krawężnik uwiera mnie w tyłek. Zimny wiatr otula mi dłonie. Dłonie otulają ciepły żar papierosa, kawałki spalonej bibułki wirują w tym wietrze, ni to przyjaznym, ni obojętnym i w tym wszystkim, w szarym niebie, w pustce i zimnym powietrzu grudnia bez śniegu, pachnącym śmieciami i miałkim węglem próbuję sobie przypomnieć jak to wszystko się zaczęło, ale przychodzą mi do głowy tylko jakieś mieszane obrazy, sieczka, animowany teledysk do ckliwej piosenki o miłości, bo jak na złość wszystkie piosenki są o miłości, jakiś kamyk o obłym kształcie znaleziony nad rzeką, cięcie, uśmiech kogoś z długimi włosami i długim ciałem podczas wiosennego popołudnia, kiedy światło robi się matowe, a obraz ziarnisty, cięcie, papieros przykładany do ust z typowo dziecięcym zaangażowaniem kogoś, kto palenie traktuje poważnie, bo gdy się jest dorosłym, trzeba być poważnym, cięcie, zielony kubek z kawą na drewnianym blacie z wiśniowo-czerwonym obiciem, czy może farbą, raczej farbą, bo gdzieniegdzie jest zdarta, cięcie, popielniczka na tym samym blacie, pełna popiołu, filtrów i spalonych słów, cięcie i w końcu to widzę, stój, stop klatka, kurwa. Prawie to miałem, ale to zawsze ucieka, raz puszczony film, strumień urwanych obrazów wymieszanych z dźwiękami, zapachami, raz puszczona taśma nigdy nie chce się zatrzymać i zawsze jestem zły, bo znów nie udało mi się złapać i zatrzymać tego choć na chwilę, żeby zdążyć to zapisać, chociaż opowiedzieć, żeby nabrało to kształtów i nie straszyło już nierealnością, bo nigdy nie mam pewności, czy sobie czegoś nie wymyśliłem. Tak, pamięć potrafi robić takie rzeczy.

niedziela, 3 października 2010

International

-Warum, kurwa, so?
-Because, kurwa, it's like that.
-Do piczi, kurwa.
-Nie, poważnie, kurwa, takie to jest właśnie.

Lubię rozmówki międzynarodowe, a zwłaszcza ich wspólny mianownik.

PS. Tak, Kuba, piszę bloga, ale jestem teraz we Włoszech i nie mogę Ci odpisać na sms-a.

piątek, 17 września 2010

No tak.

Wyrosły mi skrzydła i boli jak skurwysyn.
Dwie kościane konstrukcje wygruchotały się z łopatek szarpiąc skórę i mięśnie.

Tak brzmi wolność.

wtorek, 7 września 2010

DYFU?!

Koniec świata wyobrażam sobie odmiennie nieco, bo to nie będzie bum ani to nie będzie szybko, to będzie jęk i modły oraz dobrzy ludzie pod butami tych złych.

Cierpienie oczyszcza, dzifki, zarobicie na niebo.



To zdjęcie niżej bardziej by się nadało na nagrobek, albo ten typ zdjęcia z czarną wstążeczką i tekstem "Nigdy cie nie zapomnimy", czy inny syf.

niedziela, 5 września 2010

Gdyby


A gdyby tak elektrownia poszła do druku? Ta i ta poprzednia.
Byłoby fajnie, czy lame, fag i gay?

I taka okładka, albo chociaż fota do bio.

Bardziej do bio.

piątek, 3 września 2010

DogSoldier

Jestem zmęczony. Okropnie zmęczony. Jestem okropnie zmęczonym człowiekiem. Chciałbym sobie odpocząć, nie musieć. Jestem zmęczony jak pies, a chciałbym sobie odpocząć i nie mogę, bo nie można sobie odpocząć, kiedy nie można sobie odpocząć, bo no rest for the wicked i takie to wszystko z dupy wzięte, bo nawet nie ma na kogo zwalić, kogo oskarżyć, a nawet jakby było, to nie ma czasu na pierdoły, bo terminy gonią, bo już coś trzeba załatwić, gdzieś iść, nad czymś myśleć i jeszcze się sufit spierdoli na głowę zawsze, żeby nie było za fajnie, kiedy przypadkiem robi się choć trochę fajnie. Jestem taki kurewsko zmęczony, zmęczony jak trzech ludzi, albo ośmiu i już nie mam siły.

W rubryczce chciałbym mieć wpisuję małymi literkami spokój.

czwartek, 2 września 2010

środa, 1 września 2010

Nyak, nyak, nyak


Dwadzieścia trzy lata temu nikt nie mógł skumać co oznacza ten ironiczny uśmieszek i tylko Szatan mówił, że oto nadchodzi konkurencja.

Dwadzieścia trzy lata temu Jam Był Stworzony Sheeva. Niszczyciel, Śmierć, Pogromca Światów.

Dwadzieścia trzy lata w tym samym miejscu i nawet Adaś wymięka.

Dwadzieścia trzy lata i mamy efekty.

Dekalog wypierdolony na lewą stronę, zabijanie się na raty, rak karmiony z ręki i długie dni ciągnące za sobą godziny ciągnące za sobą minuty ciągnące za sobą sekundy.

Mr.Self Destruct w całej okazałości.

Behold.

Wszystkiego najlepszego, Jacku.

Dziękuję.

wtorek, 31 sierpnia 2010

niedziela, 29 sierpnia 2010

piątek, 27 sierpnia 2010

Siwieję

Siwieję czasem. Jakieś takie pojedyncze włosy tu i ówdzie, jakkolwiek zarówno "tu", jak i "ówdzie" znajduje się na mojej głowie. Jak na ironię zawsze chciałem być siwy. Gównażeria farbowała się na blond jak Eminem, dziś farbują się na kruczoczarnogranatowo jak ktoś inny, a ja chciałem i nadal chcę być siwy.

To jest coś jak te teksty na przykład Sokoła, że on się nigdy nie zmieni i ogólnie JotPe i ciuchy dla ziomków z ulicy, chłopaczyn, co nie mają co do garnka włożyć, a bluza za trzy stówki i prosto, że prosto. Albo Oster, ustawiony, z żoną, dzieckiem, milionem płyt nagranych, etatem na łódzkim i pierdoli, jak to mu w tym kraju źle.

Znowu mi się gubią różne rzeczy. Zapalniczki dwie już w pizdu, tym razem w eter.

Będzie nam lepiej - powiedział pan.
To fajnie wam - powiedział lud.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Ujednolicenie

Z racji tego, że nic mi się nie chce, to wrzucam jakiś stary wiersz, bardzo stary, jeden z dwóch pierwszych, z bonusem dla spostrzegawczych i znających francuski, albo chociaż wyszukiwarkę google.

„Raj młodocianych bogów”

Raz pewien kawaler,
Elegancki pan,
Chciał zaposiąść żonę,
Umodernić stan.
Leniem wielkim nie był,
Ewentualnie trochę,
Rozbił więc skarbonkę,

Prosię, świnię, lochę.
Obyty był w świecie,
Urok swój posiadał.
Ręce miał dwie prawe,

Mało tego - gadał!
Ileż on miał zalet,
Esej pisać mało.
Umiał liczyć biegle,
X, cotangens? śmiało!

Samych zalet full,
A kobiety null.
Umrzeć kawalerem?
Trup jest ze mnie, trup!
Ekspert jednak mu doradził:
Rydwan sobie, waćpan, kup.

Poza tym wkurwia mnie ciągłe zmienianie czcionki, bo sobie zapominam, więc zostawiam domyślną.

sobota, 21 sierpnia 2010

Mielonka

Nie mogę znaleźć miejsca składowania spamu w mojej skrzynce mejlowej.

Efe, efe

Zamotałem się sam w sobie, bo obłędy błądząc poprzez kręte sentymenty...

Napisałem wiersz o strasznym nieszczęściu, ale nie wiem, gdzie go mam.

O, mam.

"O strasznym nieszczęściu"

Gdy spałem spokojnie w niewiedzy niewinnej,
A księżyc był w połowie drogi do pełni,
Podstępem niegodnym, w słabości dziecinnej,
Mą stopę ukąsił zły demon piekielny.

Choć bzyczał złowrogo ten stwór potępiony,
I brzmiał jak myśliwiec w Porcie Perłowym,
Ja nic nie słyszałem, bom błogo uśpiony
Był i żadne zło mi nie przyszło do głowy.

Gdym rano się zbudził niczego nie wiedząc,
I w pierwszym odruchu porannych czynności,
Stopy swe w kapcie włożyłem i siedząc
Wciąż poznałem straszny ten powód do złości.

Swędzenie w paraliż objęło mi ranek,
Więc jąłem się drapać żarliwie, gdym zrzędził,
Lecz swędzenie było pod spodem schowane,
I w śmiech z łaskotania sam siebie żem wpędził.

Toż istna tortura, tragedia i dramat,
Też nie miał mnie gdzie ukąsić ten stwór,
Ten podstępny i zły pomiot Szatana,
Ten chamski i niemiły cudak i gbur.

Zostałem tragedii aktorem bez rady
Na męk mych i cierpień strasznych ukrócenie,
Gdybym chociaż na to miał jakieś okłady,
A tak mnie swędziało zwyczajne chodzenie.

Stos nieszczęść bym wolał, chorobę śmiertelną,
Niż to, co mnie piekło spotkało fatalne,
Gdybym wcześniej o tym miał wiedzę rzetelną,
Popełniłbym seppuku jeszcze prenatalne.

I tak bym narzekał pewnie do wieczora,
Ale w końcu kawę pójść zaparzyć wstałem,
Usiadłem przed obrazem z telewizora,
A o złu swędzenia sobie zapomniałem.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Prrrut!

Strona się tworzy, nie ma logo, skład się zaczął rozpruwać, brakuje tekstów, Duży w Mikołajkach, Wiesiek wsysnięty.

Nie spinałem tak dupska od... eee... Nigdy tak nie spinałem dupska.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Poemat o miłości, brokacie i kre(a)tynie

Tak więc zacznę ten poemat rymem nienajwybredniejszym,
I zaznaczę też od razu, że natchnienie we wcześniejszym,
Tekście odnalazłem spore, mniejsza jednak o nazwiska,
Zaznaczę jedynie tyle, że autor nie był cyklista.

Żył Literat więc Doraźny, co to gibki był w wymowie,
I swym darem krasomówczym zawirował białej głowie,
Nie raz, nie dwa, kryć nie ma co, chwalić też nie, ale co tam,
Pozostańmy może przy tym, że nie był z niego idiota.

Wiódł swój żywot średnioskromny w nieco chłodnej kamienicy,
I szczęśliwy był doraźnie, aż się zakochał w dziewicy,
Co to słodka była mocno i urody niesłychanej,
Ale problem miała jeden - prowadziła się, no, z chamem.

Cham ów gromadny fizycznie w strach nam Doraźnego wpędzał,
Jednak wiedział nasz Literat, że bez muzy jego nędza,
Czeka go i literacko, i doraźnie, w życiu, znaczy,
Jeśli weny jego przędza jej miłości nie zobaczy.

Postanowił więc żelaźnie, że, prędzej, czy później - w końcu,
Atut swój najdoraźniejszy wykorzysta przeciw słońcu,
Wziął więc języka motykę, jął testować - wpierw do lustra,
I kwiecistą jego mowę dostosował pod jej gusta.

Uzbrojony w komplementy ruszył w bój o serce damy,
Kroki swe kierując pewnie w stronę knajpy, w której chamy,
Podobne do siebie mocno Boga Dionizosa czcili,
Damy miłość znajdowały, a barmani wódkę chrzcili.

Krok przed drzwiami Doraźnemu wątpliwość schwyciła myśli,
"Czy na pewno mam odwagę, by wyśniony sen swój ziścić?",
"Trudno darmo, spróbujemy, ostatecznie to nie wada",
"Nawet, jeśli mi odmówi, świata nie czeka zagłada".

Wszedł więc, nieco mniej już pewnie, w knajpy specyficzny nastrój,
Przecisnąwszy się do baru, by rozruszać mowy zastój,
Zamówił dwie pięćdziesiątki, no i pepsi - na przepitkę,
Po których to wychyleniu łatwiej złapał mowy nitkę.

Rozejrzawszy się dyskretnie dojrzał w kącie swoją piękną,
Która stała z, no, chamem, kaląc lica swego jędrność,
Mimicznymi popisami, akrobacjami języków,
Które z uporem maniaka wkładali do swych przełyków.

Zniesmaczyła Doraźnego sceny tej dziwna groteska,
Zamówił więc u barmana kolejkę wściekłego pieska,
Później drugą, trzecią, piątą, i tak pewnie do starości,
Ciągnął by ten cug morderczy, jednak pojmały go mdłości.

Scenę w ubikacji minę w imię ogólnego dobra,
Wspomnę jeno - ku przestrodze - że Doraźny chciał cyrograf,
Z Diabłem podpisywać w zamian za męk jego ukrócenie,
Męczył się wszak niemożliwie - no i marnował jedzenie.

W końcu wyszedł, lekko blady, kończąc chwilowo boleści,
Niewyraźny nasz Doraźny, przeklinając brzucha treści,
Szybko jednak zapomniwszy, gdzie był jeszcze chwilę temu,
Gdyż zobaczył błysk brokatu w mętnym korytarza cieniu.

"Toż to ona, sens mój życia, mruga do mnie swą pomadką!",
"Trudno darmo, Literacie, urok rzuć na nią swą gadką",
I gdy metr go dzielił od niej, czy półtorej, mniejsza o to,
Zaczął nasz bohater na nią słów wylewać płynne złoto.

"Moja luba, okaż łaskę, wysłuchajże mnie troszeńkę",
"Poświęć chwilę, pół minuty, bo mi serce z bólu pęknie!",
Uśmiechnęła się do niego, aż zwycięstwa poczuł troszkę,
I tak rzekła wprost mu w ucho: "Musisz, ziomek, mówić głośniej".

Nie zrażony pierwszym fiaskiem, ułożył nowy początek,
"Luba ma, chciejże wysłuchać, przyjąć uczuć mych majątek",
"To uczucie we mnie płonie, wzbiera coraz większa fala",
Wtem cham przerwał mu przemowę, "Co on ci tu bredzi, lala?".

Lala, imieniem Krystyna, jednak złapała przynętę,
"Misiu, nie bądź taki kwadrat, on tu do mnie czuje miętę",
Cham zczerwieniał, pięść zacisnął, aż mu wyskoczyła żyłka,
"Spadaj frajer, już, na drzewo, bo ci nakopię do tyłka".

Doraźnego strach obleciał, w myślach wykonał działanie,
Chama piącha dodać kości daje otwarte złamanie,
"Twego gustu transcendentną wartość słowem tu wyrażam",
Cham brwi zmarszczył, syknął wściekle: "Czy ty, gnoju, mnie obrażasz?".

Nasz Doraźny zaniemówił, słowa siła mu struchlała,
Krysia, nie wiedząc co robić, tylko się im przyglądała,
"Chodź no, frajer", rzekł cham groźnie, "Chodź na pole, w pysk dostaniesz",
"Ryj ci roz...", tu nie dosłyszał, przez gwar oraz zamieszanie.

Pierwszy kop przyjął po męsku, zemdlał niezwłocznie po ciosie,
Wstał, gdy cham już zniknął w knajpie; wraz z wspomnieniem o swym nosie,
Doraźny wrócił do domu, zły na siebie i na słowo,
Co to raczej daje mało, gdy traktować je siłowo.

Jakiś czas po tym zdarzeniu, odkochany już zupełnie,
Razem z węchu uszkodzeniem, wysnuł z tego wnioski celne,
Otóż, drogi czytelniku, jeśli uwieść chcesz Krystynę,
Musisz pierwej zwiększyć masę, inwestując w kreatynę.


Koniec końców, postanowiłem to zamieścić. N-joy und do nicht copieren, .
PS.Źle się czyta, bo musiałem zmniejszyć czcionkę, żeby się wersy nie rozesrywały.
PS2.Zapraszam do komentowania.

sobota, 14 sierpnia 2010

Siedem

Wyrównaj z obu stron
To jest w sumie lekko śmieszne, że wszędzie próbuje się wcisnąć tą metafizykę, czy mistycyzm i się w ostatecznym rozrachunku wysrać człowiek nie może zwyczajnie, tylko to musi być transcendentne doznanie, akt defekacji podniesiony do rangi wodowania Titanica, czy coś.
Creatio ex nihilo, czy jak to tam napisać, to niekoniecznie ważne, bo nawet miłość, jak się tak dobrze przyjrzeć i rzeczywiście nazwać to miłością, to jest tak po prawdzie groteska w czystym wydaniu i o ile jeszcze te pierwsze takty można uznać za jakąś inicjacyjną wypowiedź boskiej ręki na niebieskiej wstędze kubusiowej, tak dwoje dorosłych, spoconych ludzi, którzy nago dyszą sobie na karki, to jest zwyczajna żenada.

Nie jestem klient w stylu malkontent, lubię zjeść i wypić nie raz, ale jakoś bez otoczki może mi to lepiej wychodzi. Jak na przykład taki trip, gdzie zamiast zwiedzać jak pierdolnięty, jedziesz sobie po prostu przed siebie i jak jest coś przyciągającego uwagę, to się można zatrzymać, jak ta druga wojna światowa w Svidniku, czy gdzieś tam, normalnie bloki, osiedle znaczy się, tylko że zamiast piaskownicy, zjeżdżalni i karuzeli czołgi, samolot, działa, wóz opancerzony i katiusze.
Albo Tablice upamiętniające Johna Lennona, The Beatles, czy Stones'ów w jednej uliczce odchodzącej od Bardiovskiego rynku, takie rzeczy.

Wstawiam dziś zdjęcie, co mi tam, widoczek ładny.

Tyle, źle wyważone płyty warczą w napędzie.

Wrrr.

środa, 11 sierpnia 2010

Komiks

Immerse

Szczęśliwi poeci kłamią.

Na skraju czaszki, tam, gdzie kończą się sny
Diabli żar tli się boleśnie
Czaszka skrzypi pod naporem imadła
Zaciskanego na skroniach.

Nie chcę więcej bólu,
Nie chcę już cierpienia,
Dosyć, dosyć, dosyć...

Kac skurwysyn na zdrowej tkance umysłu.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Kiedyś

Czasem mi się gubią różne rzeczy.
Gubią mi się koszulki, zapalniczki, spinki, przypinki, srele morele i taka nitka między mną, a nimi się rozciąga i taki się poszarpany czuję, z duszą rozfurgotaną między zamglonym tutaj i niepewnym, niedookreślonym tam.

To chyba chodzi o słowa, tak mi się wydaje, słowa, słowa, słowa. Się kreśli obraz słowem, bo coś musi być jakieś i nie można powiedzieć bez słów, że coś jest jakieś, albo, że coś tam i ogólnie i szczególnie, zupełnie jakby słowa determinowały czasoprzestrzeń między jednym, a drugim fotelem i wszystko zamyka się w jakimś nieokreślonym kiedyś.

I te zapalniczki są, trwają, w tych zapalniczkach zamyka się coś w rodzaju, bo ja wiem, niepewności, że owszem, coś, sporo nawet, jest, że coś jednak istnieje, mimo słów, wtórnej negacji i całego tego memłania na odwrót po to, żeby odsunąć od siebie myśl o pustce wciągającej duszę jak implozja spowolniona drastycznie i rozłożona na raty mijających dni, tygodni, miesięcy, życia w końcu i tak pewnie do śmierci, bo takie rzeczy się wydają realne kiedy się ma dwadzieściapare lat i wiara nie rozpruła się jeszcze do końca, kiedy wiara nie rozpruła się tak na dobrą sprawę wcale i nadal dużo w niej myśli o takich fajnych rzeczach, jak do końca, jak miłość, przywiązanie, słabość, albo gapienie się w siebie przez całą noc i chodź tutaj; no więc w tych zapalniczkach jest właśnie taki urywek tej pożądanej rzeczywistości, że kiedy nastąpi to właśnie nieokreślone kiedyś, to jednym pstrykiem będzie można przywołać duchy przeszłości i to wszystko wróci, będzie można to wszystko na nowo poustawiać na stabilnym już gruncie i zbudować wokół tego tą już solidną, prawdziwą otoczkę, w której zamknie się wtedy i takie już zostanie, trwałe i z dużym napisem PUKANIE ZEPSUTE, PROSIMY WYPIERDALAĆ na drzwiach.

Czasem mi się gubią różne rzeczy i ja dobrze wiem, gdzie one się gubią i po co one się gubią, dobrze wiem, że kiedyś wyrwą nas z letargu, przypierdolą w serce jak defibrylator i wszystko się obudzi, ja w to wierzę, śmiej się, ale nic więcej nie mam. Kiedyś będę miał i przyjdzie czas uderzyć kółeczko zapalniczki opuszkiem kciuka i stopi się jebany lodowiec, wyleje się przez oczy i już nic nie będzie miało znaczenia.

Kiedyś.


wtorek, 3 sierpnia 2010

Miejsce

Życie,
Okrutna strawo Szatana,
Wolności bolesna, ciążąca
Na karku, paląca znamię łańcucha
Wyboru wolnego, którego dokonać
się musi

i takie to, kurwa, gadanie.

Bądź tu mądry, pisz pan wiersze.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Prestiż

-Mam konto na fejsbuku, naszejklasie, hajfajf, gronie, majspejsie, lastefemie i muzzo. A ty?
-Ja mam znajomych.

Nie rozumiem dzisiejszej hierarchii wartości. Przepraszam, czy jest na sali Nietzsche?

sobota, 31 lipca 2010

Rozmowy Jacka z Bogiem

-To który zrobił kobietę, ty, czy ten drugi?
-Do dziś nie wiemy dokładnie...

Mafia

-Where are you from?
-Poland, and you?
-Italy.
-O, pasta, pizza and other stereotypes?
-Hahaha, yeah. And mafia.
-In our country we call it 'christianity'.

Pokazałem Magdalenie chatroulette. Poza tabunem typów marszczących pingwina są tam też fajni ludzie.

czwartek, 29 lipca 2010

Bo widzisz

-Bo widzisz, stary, z tym jest jak z koksem. Wciągasz gwoździa i napierdalasz jak trabant na vervie, czy tam ekodizlu, mniejsza o to. No wiesz, jakbyś się nażarł snikersów i horalków na pusty żołądek i te węglowodany ci napierdalają w mózg i sobie myślisz, że to jest koniec, że migotanie przedsionków i za chwilę spotkasz Boga, zajebiesz pyskiem w drzwi walhali, wbijesz się w brzuch buddy, czy w co tam wierzysz, a później sobie myślisz, że nie, jeszcze za wcześnie i wrzucasz niższy bieg, skrzynia ci rzęzi, matka cię opierdoli, że znowu hamujesz silnikiem i nic nie jesz cały dzień, albo coś takiego, zresztą nie wiem, jakie masz stosunki z matką.
No to inaczej. Bo widzisz, stary, to jest jakbyś sobie szedł spokojnie i patrzył na reklamy, albo wystawy w galerii, czy coś tam i nagle ktoś ci zajebał z łopaty w pysk. No sztychówki na przykład. Albo szpadla. Nie, raczej sztychówki. Albo jak czytasz Łowcę Androidów i ta robocica śpiewaczka pyta głównego bohatera, czy sam sobie robił ten test Voigta-Kampfa, albo jak na końcu Walca z Baszirem, kiedy sobie przypominasz, że to była prawda. Albo nie, wiem. Jak na Gwiezdnych Wojnach, kiedy nagle uświadamiasz sobie, że gdzieś, w odległej galaktyce, istnieją akapity latające w odpowiedniej kolejności.
Taka wiesz, różnica. Między poprzednim i następnym. Myślisz sobie "okurwa" i nagle do ciebie dociera, nagle jesteś osiemnaście centymetrów od ogarnięcia absolutu, już go masz, już dotykasz, już rozumiesz, masz cały ciąg logiczny i sens Zagubionej autostrady, Ereaserheada i Mulholland Drive razem wziętych i wystarczy tylko to wszystko nazwać i już koniec, end, finito, całość ogarnięta i można w końcu usiąść na dupie.

-I wtedy masz ten blekałt, bluskrin bez żadnych napisów?

-Dokładnie wtedy.

poniedziałek, 26 lipca 2010

niedziela, 25 lipca 2010

Windowclicker

Kiedy poznaliśmy Marga był wegetarianinem, nie pił i miał włosy zapuszczane dwa lata.

Dziś jest łysy i boczek z grilla zapija mocnym Lechem.

wtorek, 20 lipca 2010

Facefuck

Dziwią mnie testy na fejsbuku w stylu "Jaki jest twój ulubiony kolor", "Co lubisz robić w wolnych chwilach", "Jaki typ faceta/laski cię podnieca", albo "Kim ty, do kurwy, jesteś, pajacu".

I czytam, że na przykład znajomej wyszło, że lubi ciasto jagodowe, albo kumpel sam se skręca fajki. Ale ja to przecież wiem, bo się wczoraj z nim widziałem i skręcał.

I ja wiem, jaki kolor lubię, co robię w wolnych chwilach i kim, do kurwy nędzy, jestem bez rozwiązywania testów. Oni nie wiedzą? Musi im ktoś powiedzieć?

Co tu się, ogólnie, kurwa, wyprawia? Tylko mi nie mówcie, że jest test, który odpowie mi na to pytanie.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Kto ma czas

No, tak to wygląda.

Semper fidelis

Wyjedzie to jedno z drugim i się mu wydaje, że bóg wie i partia, co.

Nosz kurwa, to co, ci ludzie nie srają, nie szczają, nie jedzą? Mózgi mają inaczej skonstruowane, kiszkę stolcową ewolucyjnie wypartą, a zamiast bąków wypuszczają z dupy różowy obłoczek o zapachu lawendy?

Różne kity można mi żenić, ale że się jest fajniejszym, bo się jest w lepszym miejscu, to ja bardzo przepraszam, ale jak będę chciał farmazonów się dowiedzieć, to sobie gazetę codzienną od Springera kupię.


piątek, 16 lipca 2010

Rozpęd

Czasami jest fajnie, wesoło, szczęśliwie i ogólnie rzecz biorąc nie ma na co narzekać.

W takich chwilach życie cofa się deczko, żeby wziąć porządny rozpęd przed kopem w dupę.

niedziela, 11 lipca 2010

Strach

Najbardziej w życiu boję się tego, że jak włączę jakiegoś nowego pornosa, to zobaczę kogoś znajomego w roli głównej.

środa, 7 lipca 2010

Musli

Powiedziałem pani Helence, że Sławek nie o taką Polskę walczył i wytatuuje sobie logo Batalionu 303 na klacie. Rzuciła we mnie Teorią Ewolucji Darwina, dobrze, że kawy nie niosłem, bo bym wylał.

Doraźny to w ogólności jest dobry. Zapiekanki jadł nie będzie, Zmierzchu trójki ściągnąć nie pozwoli, a DVDRipa znalazłem. Może i lepiej. Ale na weekend pożyczam aparat. Ma być ładnie, to coś pstryknę, może co złapię, jak ta Majka, co prawda tutaj huja jest do fotografowania, najwyżej zdjęcie można zrobić, ale co tam.

Dachy mi się ostatnio podobają. Chodzę po tym świecie, sprawdzam codziennie, czy pod moim blokiem przypadkiem nie napierdalają się magowie, Merlin z Voldemortem na przykład, ale pod blokiem też huja jest, najwyżej można usłyszeć wieczorem kto kogo sprzedał, albo, że dobre palenie, albo, że ten jebany sklep z dopalaczami rynek psuje i trza kości jak ramię od dźwigu za dwa pięć gonić, albo, że w Ameryce za osiemdziesiąt dolarów...

Bo dachy to takie ukryte są. Jak się idzie, albo się siedzi, to się patrzy najwyżej dwa metry nad ziemię i się gówno widzi, nie dach, a jak gołąb leci, to się też człowiek na gołębia patrzy, a nie na dach. Gołębie też są dobre, raz jednego karmiliśmy słonecznikiem niełuskanym i utył aż go nazwaliśmy królem gołębi i go auto rozjechało przy kwiaciarni na Matki Boskiej i wszystkim było szkoda, ale wszyscy szybko zapomnieli.

I zauważam dach, a tu napada mnie gość w garniturze, z torbą przewieszoną przez ramię i pyta, czy jestem stąd. Nie, kurwa, naturalnie, że z Tadżykistanu, a tutaj dorywczo marchewkę sprzedaję na bazarze i właśnie się spieszę na pociąg. Albo Habla espanol? i pa.

Jakoś mi się to wszystko nisko wydaje. Szeroko, nisko i coś jakby gniecie, wpierdala w ziemię, albo w przestrzeń międzychodnikową. Takie ciężkie jest i gęste. A jak się przechodzi koło klepsydr, to można pomyśleć, że zakończył życie z wynikiem śmiertelnym.

Spokój.

niedziela, 4 lipca 2010

Święto

Sto pierwszą notkę uczciła rewolta na youtube. Portal wart miliardy przez chwilę zatrząsł się w posadach, pierdolnięty przez grupkę anarchistów.

Księga Rodzaju cytowana nie jest darmo.

Chomiki czyszczone, google inwigilują.

Orwell musi mieć radochę.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Soundtrack

Muzyka, której słuchamy jest soundtrackiem naszego życia. Przynajmniej mojego. Chodzę do One Winged Angel Uematsu, siedząc na ławce i paląc papierosa patrzę na świat pod All is full of love Bjork, czasami, czasami jest zupełnie inaczej, czasami chodzę razem z Chwilami ulotnymi Paktofoniki, a gapiąc się w ekran knajpianego telewizora słyszę Stupid MF Mindless'ów. Stojąc w jakiejś galerii oglądam ładną dziewczynę, która melodyjnie mówi mi, że jestem pretty when I lie. W pracy Karin zastanawia się przy mnie what else is there, w autobusie gapię się w szybę i z uśmiechem myślę, że I've seen it all. Czasem patrzę, jak chodnik przesuwa mi się pod nogami i trudno mi się przyznać, że to wszystko nagle traci sens. Heartbreak robi ze mnie tancerza, to znów Karin mówi mi, że jest in love with my brother, szkarłatna tak, jak jej imię.

Dlatego tak trudno mi podjąć decyzję co do zmiany playlisty na moim odtwarzaczu mp3. Ma 128 megabajtów i kiedy dostawałem go na osiemnastkę, to wart był półtorej stówki, ale dziś brakuje mu pojemności. Muszę w końcu odłożyć na jakieś MuVo, albo Zena.

Poemat

Mam ochotę napisać poemat o tym, jak wracam autobusem z uczelni.

Naprawdę bardzo lubię jeździć komunikacją miejską. Nie rozumiem, o co się wszyscy tak wkurwiają.

czwartek, 24 czerwca 2010

Real

Obejrzałem Funny Games Hanekego i jakkolwiek pomimo wielu faktów teraz już obiektywnych nie narzekam, to jednak jest coś smutnego w tym, że ta rzeczywistość, jaka by nie była, jest jedyną, którą mamy do dyspozycji i nie mamy żadnego wyboru.

środa, 23 czerwca 2010

Mentropia

Moja biała Verdana twierdzi, że uda jej się opisać chociaż, bo ja wiem, to jakieś rozklejone jest.

No więc nie powinno się zaczynać zdania od "no więc", bo to nieładnie jest, bo to jest tragedia, bo kiedy zaczyna się od tego zdanie, jakieś dziecko w Etiopii robi się nieszczęśliwe z braku PlayStation 3. Tak, drogie panie, tak ludzie, którzy życie mielą w młynku, z szufladki wyciągając potłuczone ramki, minuty złożone z sekund i komunikację miejską o szybach ogromnych jak samo niebo, tak ci ludzie tęsknią za utraconym wszystkim tym, co trzymać można mocno i solidnie w dłoniach, tak mocno i solidnie, jak Jezus mocno i solidnie w dłoniach utrzymałby wodę.

Dużo jest słów, wszędzie, słowa i światło. Nie ma ciszy już i nie ma nocy, a nawet jak jest noc i cisza, to się jej nie słyszy, bo się szuka światła i słów, szuka się pewności bytów istniejących równolegle, bo ostatecznie relatywizm pochłonął już nawet świadomość i bez punktów odniesienia nie da się stwierdzać, nie da się określać pozytywnie, da się określać tylko w negatywach, bo coś jest takie, jakie nie jest coś innego i na zad.

A Ty? Co zrobiłbyś z trzema minutami życia? Czy pobiegłabyś po te wszystkie buty, których jeszcze nie masz? Robiłbyś te wszystkie rzeczy, które trzeba zrobić przed śmiercią, bo inaczej w niebie dostanie się gorszą ocenę za życie? Przed śmiercią, przed ciemnością i ciszą naprawdę trzeba zrobić wszystko, bo inaczej nie będzie można powiedzieć, że się żyło?



To ja sobie zapalę.

wtorek, 8 czerwca 2010

Nic-ze

Człowiek w swej zajebistości wyewoluował w sobie umiejętność czytania w duszach tylko poprzez pismo i wirtualne reprezentacje graficzne innych ludzi.

Chyba nie o to chodziło Nietzschemu, kiedy głosił nadczłowieka.

wtorek, 1 czerwca 2010

niedziela, 23 maja 2010

Dialog

-Ja to bym w mordę lał za coś takiego.
-Za chudy jestem.
-No to nunchaku.
-Ale to broń jest, na to są ostrzejsze paragrafy.
-No to z łokcia.
-Nie no, jak się prać, to jak biali ludzie, a nie.
-Znaczy na pięści?
-No. I kopa jak nikt nie patrzy.

niedziela, 9 maja 2010

Carpe noctem

Coraz mniej jest miejsc, gdzie nie ma światła, coraz trudniej o noc, którą trudniej coraz odróżnić od dnia. Coraz mocniej świeci świat, coraz słabiej widać Słońce.

Nie mogę spać przy zapalonym świetle.

piątek, 23 kwietnia 2010

Takie właśnie

Takie właśnie zda(rze)nia cieszą mnie, kiedy spotykam je w różnych miejscach, o różnych porach, dziewczyna na oko metr osiemdziesiąt w biodrówkach, w których być nie powinna mówi coś i z kontekstu wyrwane dociera do mnie zdanie, że "...ołów ciężko znaleźć...".

piątek, 16 kwietnia 2010

WŚIEKŁOŚĆ I WRZASK

Nasze wkurwienie obróci się przeciwko Wam. Nasze wkurwienie będzie krzykiem strącać gwiazdy, myślą zmieniać teksty w pamięci masowej świadomości.

Bo serce pali się raz,
Myśl nie potrafi spać,
Wieczna wściekłość i wrzask
Rozkurwi mury Hebronu.

Milczenie trafi do mas,
Da, gdy przyjdzie w pysk dać,
A gdy nastanie brzask
Nie będzie żadnych już schronów.

piątek, 26 marca 2010

Braintoy

Czasami, w momentach, w których zwykle doznaje się oświecenia i widzi się prawdę, sens się dostrzega, światło zalewa duszę i umysł, w takich momentach widzę ciemność, nic i bezsens, a wszystkie pytania w stylu po co?, dlaczego?, albo jaki jest sens życia? nie mają żadnej odpowiedzi, bo ciemność nie rozumie pytania.


środa, 24 marca 2010

ThisCourse

Jest coś frapującego w opowiadaniu o efektach wywoływanych opowiadaniem po to, żeby wywołać efekt, a nikt tego nie zauważa.

środa, 10 marca 2010

Northis

Mam zajawki na Skandynawię. Piękna kraina, piękna tradycja, piękna kultura, piękne wszystko. Ożeniłbym się z kobietą nazwiskiem Dreijer, albo Torske, syna nazwałbym Lars, córkę Bjorn, albo Karin. Szkoda, że tam tak zimno.

czwartek, 25 lutego 2010

czwartek, 18 lutego 2010

FCK

Muszę złożyć podanie o rozłożenie na raty czesnego za drugi semestr studiów.
Czuję się jak gorszy rodzaj człowieka.

wtorek, 16 lutego 2010

Wieczne pióro

Kobiety z pracy odkryły dziś, że mam ładny charakter pisma. Zleciała się większa część kobiet z budynku i, stojąc nade mną, zachwycały się, że jaaa, ooo, nie mogę, ach.

Czułem się jak pudełko proszku do prania z reklamy Dosi.

czwartek, 11 lutego 2010

wtorek, 2 lutego 2010

Higher level of

Miałem nie poruszać tego tematu, ale przyszło mi do głowy takie porównanie.

PS.Ogłaszam plebiscyt na najładniejszy projekt oprawy graficznej powyższego komiksu. Nagrodą jest naturalnie możliwość zaproszenia mnie na randkę i postawienia wiktu oraz środkowego palca.

poniedziałek, 1 lutego 2010

wtorek, 26 stycznia 2010

Scena 23.

To było gdzieś w dziewięćdziesiątym szóstym, musiało być jakoś wtedy, bo pamiętam, że wyszedł Rap i gwałt Nagłego Ataku Spawacza i przestawiłem się z Kapitanów na czerwone Sobieskie, a poza tym na nadgarstku czas wskazywał mi komunijny Casio, fajny, chociaż bez podświetlania.
No więc był jakoś '96 i już wtedy człowiek wiedział, że nie zajdzie daleko, bo niby jak można zajść daleko napierdalając się godzinami po pyskach, godząc się wieczorem przy szlugu w krzakach zwanych laskiem, a jeśli ktoś miał kawałek szczęścia i ojca najebanego do poziomu podłogi, to jeszcze przy winie typu Patykiem pisane, Bacarat (ten z fajnymi kartami na okładce), albo podobnym Lapinie sądeckim, chociaż to ostatnie najmniej przypominało klasyczną siarkę.

Fakt, bywały lepsze dni. Szczerze mówiąc, to zwykle bywały lepsze dni, bo wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że źle dopiero będzie, że trzy czwarte ekipy będzie miało zawiasy, pozostałej jednej czwartej się tak nie lapnie i pójdą siedzieć, niektórym matki umrą z przepicia inne na krótko uratuje esperal, ktoś zajebie się na motorze, a kto inny zejdzie na raka, ten, co akurat nie palił, naturalnie, 'cause reality can be a bitch, i tak to się kręciło.

Ale wtedy był ten '96, była zima, pewnikiem zima, albo jesień, bo szlugi zamokły mi w tajnej skrytce i szedłem wkurwiony do klatki suszyć je na grzejniku (czyli jednak zima), a w klatce spotkałem kumpla i już było pewne, że ta pizda z parteru zaraz wyjdzie i zacznie drzeć mordę, żebyśmy spierdalali do domów, bo przecież nie zamierzaliśmy do siebie milczeć.
Dłonie miałem zmarznięte, albo nie, wszystko jedno, jak się ma tyle lat, to jest zawsze cieplej, szczególnie, jak się człowiek wkurwi. No więc suszyliśmy te pety, na szybko, dwa i palić, żeby ta szmata nie zdążyła wyjść i nawet nam się udało, to poszliśmy do tego lasku, co nie był laskiem i żadnego z nas nie dziwił już poszarpany pornos na wilgotnej ziemi, do takiego ścierwa się nawet schylić szkoda było, bo tylko człowiek ręce upierdoli, więc tylko żeby odpalić szluga, pogadać i wtedy pierwszy raz w życiu uświadomiłem sobie jak źle być gnojem, który nie ma zapałek i grosza przy dupie.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Stay positive

Z dedykacją dla tych, którzy chcą umieścić mój blog na pierwszym miejscu listy najbardziej pesymistycznych blogów świata.


piątek, 22 stycznia 2010

No więc

No więc ogląda się telewizję, internetuje się, słucha radia i do kina się chodzi, skacze na bandżi, ze spadochronem, w góry się chodzi i nad morza jeździ, łowi się ryby, strzela do zwierząt, pisze, maluje, kręci, gra, je, pije, pije szczególnie, ćpa, dupczy, grzmoci, kupuje, sprzedaje, widzi, słyszy, czuje się i dotyka, a wszystko po to, żeby czas szybciej mijał i już można było się położyć spać.

piątek, 15 stycznia 2010

Nine

Zrobiłem sobie świetną kawę, kawę pachnącą małymi szczególikami i wydaje mi się, że coś z tego rozumiem, że rozumiem światło i te tam, posklejane fragmenty składające się na nogę od taboretu, białą, odrapaną, na poduszkę wygniecioną i płaską jak surowa i zimna derka w zapomnianym, pustym i obcym łóżku, bo rzeczy nabierają mocy istnienia dopiero po tym, jak się ich dotknie, powącha, przytuli i zawiesi słowa na sznurku konopnym, przywiązanym z jednej strony do jakiegoś stałego elementu, z drugiej do nadgarstka.

A więc kopie się pedały starego roweru, kółka się kręcą, jedzie się przez wiosnę, przez lato się jedzie, jesień chlapie plecy i nogawki szybką jazdą i tylko zima napędza strachu przed dłońmi przymarzniętymi do kierownicy, którą i tak kieruje się tylko dla zabawy, dlatego jest strach, po to jest strach, stąd jest strach, bojno i duszno się robi, gdy się myśli o stałym związku z kierowaniem.

Wiatr wchodzi między włosy, głaszcząc je, mierzwiąc i przypomina się dzieciństwo z rozbitymi kolanami, z podartymi nogawkami, zasmarkanym nosem i sepiowym słońcem wiszącym nad piaskownicą, miejscem bojów dobra ze złem, miejscem przygód i tam właśnie znajdują się wszystkie skarby, złote runo zakopane w piasku, święty graal schowany w liściach pobliskiego lasku, krew Heraklesa sącząca się z odrapanego łokcia, arka przymierza płynąca po bezmiarze przyosiedlowego potoku, włócznia przeznaczenia ukuta ze złamanej gałęzi. Polegli herosi, poszukiwacze skarbów i przygód strawili własne wątroby na poszukiwaniu rzeczy, które leżały na widoku, w milczeniu oczekując, aż małoletnie oczy przyprawią im duszę, przywrócą im zapomniany blask, chwałę oraz potęgę i choć na chwilę zwykła kępka trawy i ziemi okażą się być świętym granatem ręcznym, a sznurówka opaską z boskimi właściwościami, tak, oczy, na których dnie jest jeszcze dużo miejsca potrafią takie rzeczy.

Zrobiłem sobie świetną kawę, dym z papierosa zmieszał się z jej kroplami na języku i słodka gorycz oblała mi język, krzycząc o autodestrukcję, bo czasami po prostu ma się ochotę pierdolić to wszystko, spokojnie, grzecznie, no hard feelings wstać i wyjść, nie przejmując się tym, czy pociąg się zatrzymał.


środa, 13 stycznia 2010

Wild West

Zauważyłem, że wszystkie filmy o angielskich kibolach są kręcone z perspektywy kibiców klubów zachodnich, Chelsea, Westham na przykład.

Zauważyłem też, że jeśli Monty Pythona oglądać znając sens żartów, mając świadomość struktur społecznych, relacji między tymi strukturami i ogólnie kiedy się wie, o czym mowa, człowiek śmieje się o wiele mniej.

Czasami wolałbym być statystycznym widzem, o przeciętnej kompetencji audiowizualnej. Świat wtedy jest piękny.

piątek, 8 stycznia 2010

Shine

Zimno mi w stopy, bo zimno jest i wilgotno, mokro jest. Wsiadła może na trzecim przystanku, chociaż nie jestem pewien, bo jakiś odklejony dziś jestem i to jest najdłuższa podróż w moim życiu. Miała czyste oczy, skromne i może trochę smutne, oczy kogoś, kto pierwszy raz widzi świat i nie chce się narzucać ze swoją ciekawością. Nic nie słyszałem, słuchawki krzyczały mi prosto w mózg i nawet nie zauważyłem, kiedy wyczerpała mi się bateria, a trąbka zamieniła się miejscem ze zgrzytem metalowych kół, fortepian z klaksonami, a smyczki z ciągłym skrzypieniem miasta. Coś pękło, kiedy popatrzyła mi w oczy z bezbrzeżnym wiem przyklejonym do źrenic. Zmieszałem się i zapatrzyłem w podłogę, najpierw udając, że myślę o czymś innym, a później sklejając ją z czymś stałym, przykładając do jakiegoś punktu odniesienia, sprawdzając, czy pasuje do reszty układanki, ale nic się nie składało, nigdzie, ani w kawałku nieba, ani w miejscu ziemi. Papieren, bitte! wyłowiło mnie na światło rzeczywistości, znów poczułem ten lepki chłód na stopach i wyciągnąłem bilet z tylnej kieszeni spodni. Wysiadła jakby nigdy nic, bo nic nigdy nic, nigdzie.

A ja głupi myślałem, że 124 jest dopchany w weekendy. Rzeczywistość po raz kolejny udowodnila mi, że za złoty dwadzieścia pięć nie mam prawa wymagać.


poniedziałek, 4 stycznia 2010

Happy current year

Po wyleczeniu kaca wszyscy poszli do pracy, szkoły, na uczelnię, podpisać się do bezrobocia - i tak nowy rok stał się rokiem bieżącym, który niechybnie stanie się poprzednim.

sobota, 2 stycznia 2010

S-F

Po świętach, po sylwestrze, po przemyśleniu obserwacji dochodzę do wniosku, że shopping&fucking to ostatnie rzeczy, które kogoś jeszcze ekscytują.