sobota, 22 grudnia 2012

X mass effect

Minuta ciszy za wszystkich naszych braci, którzy dziś i w poniedziałek cierpią i beda cierpieli godziny w sklepach, drogeriach i centrach handlowych.

sobota, 15 grudnia 2012

niedziela, 9 września 2012

O, zgrozo!

Noszę okulary, mam chustkę wiatrochronną z dołem czaszki na ryju, dziurawą nogawkę, Nokię 101, czapkę z motywem z Duck Hunt (tak, znalazłem ją w końcu na allegro), gram na padzie od deweloperskich wersji konsoli PSX, a na moim komputerze Noe robił spis zwierząt w excellu.

Czy ja się powoli staję hipsterem?

Florencja i maszyny, chyba już było, ale świetne.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Awangwardia

Kurrrwa, przypomniało mi się i muszę napisać zanim zapomnę, że te drobne hujki, co siebie nazywają alternatywnymi i wydaje im się, że robią coś ważnego, wzruszają mnie do cna. I najważniejsze w nich jest to, że taki kutasiarz, albo typiara jedna z drugim coś tam robią, bo ja wiem, projektują ubrania, które są doszczętnie hujowe, albo napierdalają w lewy przycisk myszki w fotoszopie i są kurwa, fotografy, muszą sobie dojebać miano alternatywnego, AL-TER-NA-TYW-NY skurwysyn jeden z drugim, bo bez tego się nie da. Oto kolekcja jesień-wiosna ubrań alternatywnego projektanta Sowizdrzała Pepko (tak, te skurwisyny potrafią się tak nazywać) i nie wiem, no kurwa, luster w domu lewary jebane nie mają, czy samokrytykę im urwało?

Enyłej, pogoda jest wilgotna przez co zimno mi w stopy. Zdarza sie.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Smart Stuff

Podczas gdy my, Europolaczki marszczymy sobie pingwiny do mętnego wyobrażenia swoich spoconych palców zaciskających się na padach podczas trzaskania tagowych akcji w Tekken Tag Tournament 2 Unlimited, Koreańczycy i Japończycy grają już od roku i to jest mocno niesprawiedliwe. Wszyscy więc, a w każdym razie większość, w tych coraz rzadszych momentach mentalnej samotności włącza sobie w umyśle powtórkę z walki, którą oglądali niedawno i próbuje poskładać sobie jakieś rzeczy dla siebie, dla swoich postaci, chłonąc ile się da teorii.

Ale to jest wszystko nieważne, bo im więcej chodzę po tym świecie tym bardziej dochodzi do mnie smutna prawda, która mówi mi, że większość ludzi obchodzi tylko to, żeby mieli wygodnie pod dupą. I ci wszyscy ludzie uczą mnie, a raczej ja od nich się uczę, że bardzo niewiele spraw jest moją sprawą i bardzo niewiele spraw musi mnie obchodzić. I to jest cudowne, móc patrzeć na świat, na otoczenie najbliższe, na ludzi i mieć świadomość, że gówno mnie to wszystko interesuje i z radością mogę rzec PIERDOLĘ WAS OGÓŁEM:)

Co ma wspólnego jedno z drugim? Ano po wyjściu taga będę umiał dużo rzeczy, których nie będą umieli koledzy, bo mi się chciało czegoś teoretycznie uczyć, a im nie, bo wiedzieli, że ja będę wiedział i im powiem. A gówno, takiego wała, za chałwę i herbatę zieloną może im coś powiem. A czemu ma mi nie być w zamian wygodnie?

Tak trudno jest być złym w świecie, w którym ludzie nie rozumieją krzywdy, którą się im wyrządza.

środa, 1 sierpnia 2012

Tylko spokój

Trzeci dzień pod rząd zapomniałem kupić kawę do pracy. Do tego wskaźniki się nam nie zgadzają (dziwne jak poród po ciąży).

Dzisiaj odważni ludzie znów powstają przeciw okupantowi. Pomimo oczywistych wad takiej instytucji, własna wojna to dobra rzecz, bo ma się coś, o czym można powiedzieć "wtedy jeszcze...", jak nasi rodzice z komuną, jak dziadkowie z wojną. A my co mamy mówić, jak już przyjdzie czas, że trzeba będzie mówić? Jak ja robiłem prawo jazdy, wtedy jeszcze samochody były na benzynę? Nie ma szans.
Nic nie mamy, wszystkiego pełno, ale nic swojego, za pełno w dupach i się przewraca. Jak świnie jakieś. Czasami mam wrażenie, że jestem ostatnią osobą, którą obchodzi coś więcej niż tylko własna wygoda, ale później przypominam sobie, że nawet jeżeli, to obchodzi mnie bardzo niewiele więcej. A w każdym razie bardzo bym chciał.

Idę pożyczyć kawę od dziewczyn. Set poniżej, kumpel sklecił, całkiem przyjemnie się słucha, nie narzuca się jak te dabstepy.

wtorek, 31 lipca 2012

Innocent, in a way.

Z całej informatyki w liceum, gimnazjum, czy tam podstawówce najważniejsza wiedza, jaką udało mi się wynieść to słowo algorytm. Dzięki niemu rozumiem procesy zachodzące w mojej głowie na skutek różnych przyczyn. Na przykład jak ktoś mówi, że coś muszę zrobić, albo robić, to to słowo, muszę właśnie aktywuje mi algorytm włączający blokadę psychiczną. Bo ja, kurwa, nic nie muszę.

Algorytmy przy pomocy nerwicy natręctw wyewoluowały w autonomiczny byt niematerialny i mnożą się niekontrolowanie w moim łbie, okupując już nie tylko umysł, ale i ciało, a w każdym razie tak mi podpowiada nerwica natręctw. (Natręctw - słowo, które mogło zaistnieć jedynie w języku polskim. Kto przy zdrowych, kurwa, zmysłach wpakowałby się w wypowiadanie zdania zawierającego słowo z końcówką ęctw, i jeszcze weź to zainstaluj gdzieś w jedną trzecią zdania, żeby ci popierdoliło doszczętnie język i zablokowało możliwość poprawnego wyartykułowania reszty wyrazów.) No i naturalnie zapomniałem, o czym ja to chciałem, kurwamać.

Wszystko jedno. Vonnegut miał rację, ten świat umrze na brak powagi.
*K.Vonnegut - Recydywista

czwartek, 26 lipca 2012

Modesty Blaise

Jakieś zatwardzenie mam egzystencjalne. Całe życie wiedziałem co, tylko nie zawsze wiedziałem, dlaczego. Teraz dodatkowo gubię "po co".

czwartek, 19 lipca 2012

A co

Mam ochotę napić się kawy i się napiję, a co.

 

PS.Czy w Egipcie aktualnie są prowadzone jakieś wojny, albo misje pokojowe?

czwartek, 12 lipca 2012

Smutek

N: Jesteś zadowolony ze swojego życia?
Ja: Hmm. Tak. W sumie tak. Mógłbym trochę więcej zarabiać. Poza tym jest w porządku.

W każdym razie nie jestem smutny, no, może czasem.


środa, 11 lipca 2012

Would a fool

Krótko i na temat.


PS.Chyba zepsułem sobie stopę, bo mi się po dziesięciu latach biernego siedzenia na dupie zachciało piłkę kopać.

czwartek, 28 czerwca 2012

Tabula

Pomimo ciągłego obiecywania sobie, że nie będę się emocjonował byle gównem czasami się nie da, rdza na trybach puszcza i wszystko tam zaczyna pracować, trzeszczeć, rzęzić; choćbym nie wiem jak mocno zaciskał pięści, to nic z tego, nie zatrzyma się, terkoczący skurwysyn.

Tak niewiele mi pozostało pól na tablicy, które wzbudzają jeszcze jakieś emocje i jakoś nie potrafię ich zmazać.

Albo nie chcę.

Zimny, wyrachowany skurwiel


No akurat teraz, kiedy naprawdę potrzebuje tych trzech dni bez emocji?

niedziela, 24 czerwca 2012

Helenka

Wsiąkło mi gdzieś adapter karty microSD i taki pierdolnik, przez który mogę ją podpiąć do USB. No to się pytam Heleny gdzie dała rzeczy, które sprzątnęła mi z biurka.
- Nie sprzątałam ci biurka.
'It has begun', pomyślałem, bo często Helena gra ze mną w specyficzną grę. Ja chcę się czegoś od niej dowiedzieć, a ona mi tego nie chce powiedzieć i muszę ją do tego zmusić poprzez przeróżne, mniej lub bardziej wymyślne, zabiegi retoryczne. Strzeliłem palcami jak bohaterowie filmów w ramach rozgrzewki przed trudnym zadaniem.
- Musiałaś sprzątać biurko, bo był na nim syf, a jak przedwczoraj przyszedłem z pracy, to syf zniknął.
- Ale nie przekładałam Ci nigdzie rzeczy, tylko przesunęłam, o, tam, i wytarłam kurz.
'Co robię źle?', myślę sobie i w umyśle stanął mi tekst z Niezwykłych przygód Roberta Robura, który to tekst uczył, że jeśli będę zadawał złe pytania, Oni nie będą musieli na nie odpowiadać. Rzekłem do Heleny więc w te słowa:
- Inaczej. Kiedy ostatnio widziałem biurko była na nim tona gratów. Teraz jest tylko pół tony. Gdzie jest drugie pół?
- Nie przekładałam żadnych gratów, tylko papiery położyłam na półce, o, tu.
Ha, mam Cię! Przerzucam więc te papiery w nadziei, że zaplątał się gdzieś pomiędzy nie adapter. Nic z tego.
Helena, wychylając łyk kawy jakby uśmiechnęła się sarkastycznie, ale truchło me padnie martwe nim się poddam, więc jąłem przeszukiwać miejsca prawdopodobne, czyli każde. Trop znalazłem w pudełku z gratami elektronicznymi, notabene utworzonym przez Helenę. Pierdolnik od USB. Nic mi z niego bez karty, ale dowiedziałem się, że to jednak Helena, zdobyłem dowód, że to za jej sprawą rzecz zniknęła. Niczego jednak nie mogłem jej udowodnić - Helena technologicznie zatrzymała się na poziomie telewizora CRT i mógłbym pokazać jej nagranie, na którym chowa mi ten adapter, a ona mogłaby z czystym sumieniem stwierdzić, żebym dał jej spokój, bo ona kompletnie nie wie, o czym mówię.
Zrezygnowany pokazałem jej kartę microSD i zapytałem "Takie, tylko większe widziałaś?". Pokręciła głową z miną, jakbym jej pokazał obcięty palec w poszukiwaniu nogi.

I nic, panie, nie zrobisz. Mamy nie pokonasz.

wtorek, 19 czerwca 2012

Mięta

First world problems:
Chciałem kupić miętową czekoladę, ale nie było i musiałem kupić chałwę.

sobota, 16 czerwca 2012

Ain't no

Na jubileuszowej, dziesiątej edycji festiwalu Unsound w Krakowie wystąpi, między innymi, naturalnie, grupa aTelecine. Muzykę robią absolutnie okropną, nie da się tego słuchać, ewentualnie można by to puszczać niegrzecznym dzieciom w przedszkolu, albo zećpać się solidnie i umrzeć ze strachu. Disturbing noise industrial coś tam coś tam, zresztą nieważne. Ważne jest to, że gardłem w tej kapeli pracuje nie kto inny, jak Sasha Grey, i przez pracę gardłem mam na myśli nie to, z czego jest znana, a wokal sceniczny. Co prawda na żadnym z kawałków, które przesłuchałem na YT nie znalazłem tego wokalu, w jednym jedynie charakterystyczne odgłosy krztuszenia się i w jednym coś w stylu kobiecego głosu przemielonego przez maszynkę do mięsa, ale to wszystko nie jest ważne, bo to jest muthafuckin' Sasha Grey! Równie dobrze mogła by przyjechać, żeby zaprezentować proces przyrostu bambusa, albo zrobić wykład o zależności pomiędzy prądami morskimi a występującymi gatunkami gadów na Borneo - whatever, to jest Sasha Grey.

Dla jasności - żaden ze mnie fan koncertów. Nie pojechałem nigdy na żaden koncert, nie cieszy mnie to, wolę swoje słuchawki. Ale to jest Sasha Grey i chyba pojadę. I chyba wezmę autograf.

Smaczku całej sytuacji dodaje fakt, że pieniądze na przyjazd owej kapeli na ów festiwal wykłada nie kto inny jak Ministerstwo Kultury, czyli człowiek, znaczy podatnik. Tak, tak - nasze mamy, babcie, dobrzy chrześcijanie wyłożyli pieniądze by zaprosić Sashę Grey na występ do Polski. God bless kapitalizm, God bless Sasha Grey.

Poza tym Bill Withers i Ain't no Sunshine.

piątek, 15 czerwca 2012

Parasol

Parasol kupiłem, bo zgubiłem gdzieś tamten fajny, aluminiowy. Rzeczy się gubią gdzieś i już nigdy się ich później nie widzi. A to charakterystyczny parasol był, z końcówką zaklejoną taśmą klejącą, bo gdzieś mu się odpadła końcówka zapobiegająca nakapywaniu deszczu do tego drążka, znaczy filaru konstrukcji, jak to się nazywa? W każdym razie zgubił się i taśmą zakleiłem.

To dobry parasol był. Czapka z daszkiem w motyw z Duck Hunt też mi się zgubiła, na uczelni. Jednego dnia zostawiłem, drugiego już nie znalazłem i tak już jest zgubiona chyba z rok. A to dobra czapka była.

Gubią się parasole, czapki, zapalniczki, raz nawet zgubiłem buty. Nike, dziurawe były strasznie i z przypalonymi sznurowadłami, ale je lubiłem. I tak samo jak rzeczy gubią się ludzie, są, są, a później ich nie ma, bo zaczynają mieć swoje własne życie, albo gdzieś wyjeżdżają, albo wieszają się, a tacy nie dzwonią już nigdy, nawet, jak czegoś potrzebują.

Jakiś miesiąc temu powiesił się kumpel z liceum. Nie utrzymywałem z nim jakiegoś specjalnego kontaktu, ot, jak się przypadkiem spotkaliśmy, to się porozmawiało, obgadało nieobecnych i tyle. I nagle pewnego dnia dzwoni Marian, że Sajmon się powiesił i pogrzeb w poniedziałek. I w sam raz, jak się okazało, kupiłem tydzień wcześniej garnitur; z niesmakiem wydając na niego pieniądze rzekłem "To teraz się żeńcie, albo umierajcie, żeby nie wisiał na darmo" i wykrakałem chyba. A pogrzeb ładny był, koledzy motocykliści wyli silnikami, koledzy strażacy wyli syrenami, reszta wyła łzami, albo tylko stała. Już na cmentarzu przeszedł koło mnie Sajmon i zrobiło mi się zimno w buty, aż musiałem zapytać Mariana, czy też go widział. Brat, podobny toczka w toczkę, ta sama mimika, gesty.

Pstryk, nie ma, end, finito.

Parasol kupiłem, bo łało z tydzień i jak kupiłem, to się ładnie zrobiło. A świat kręci się dalej i ma gdzieś to, co sobie ktoś myśli, albo co ktoś robi.

środa, 13 czerwca 2012

Kanał

Można narzekać na kapitalizm, ale ma on jedną niezaprzeczalną zaletę: o każdej porze dnia i nocy można zorganizować ketonal bez recepty.

wtorek, 12 czerwca 2012

Umbrella

"Zaczęło się od tego, że chciałam kupić parasol, ale były same brązowe i czerwone, więc zdecydowałam się godnie moknąć. Kilka metrów później, przemoczona kompletnie, postanowiłam wstąpić na kawę do pierwszej z brzegu knajpy.
Ociekając, zauważyłam przy stoliku na przeciw na oko szesnastoletniego gówniarza w pedalskim sweterku, czytającego Vonneguta do pierogów z mięsem i od razu wydało mi się to kompletnie nie od kompletu, bo szczyle nie czytają Vonneguta i nie jedzą pierogów. Szczyle jedzą czisburgery i czytają fejsbuka.
Kawa mi stygła, a on mielił denerwująco ten swój pieróg i przerzucał kolejne strony, pomyślałam, że zachowuje się jak arogancki szczyl, którym zresztą był na pewno, kto, jak kto, ale ja się na tym znam, więc dosiadłam się, a jakże, a on naturalnie zignorował mnie, więc zapytałam brutalnie, co czyta. Uniósł dłoń, nie przerywając biegu źrenic po literach i tak czekałam jakąś wieczność, a przynajmniej pół minuty aż dokończył rozdział, bo akurat miał niedaleko, w końcu podniósł oczy znad tekstu i powiedział, że Starbuck wyszedł z więzienia.
Tak poznałam Cichego, który nie miał szesnastu lat, który, kiedy mu się przyjrzeć, miał zmarszczki, siwe włosy i stare oczy, który na pytanie, czemu nosi taki hujowy sweter wzruszał ramionami, jakby nie miał na to wpływu, który ogólnie rzecz biorąc wzruszał ramionami i nawet nie podejrzewał, ilu ludzi zastanawia się, czy jest genialny, czy może jest zwykłym debilem."

sobota, 26 maja 2012

Gruby się żeni

Siwieję, tak po bokach, skronie, te rzeczy. A Patryk miesiąc mył głowę odżywką i nie mógł się nadziwić, dlaczego ten szampon się nie pieni.

Gruby się żeni, świadczyć mam.

czwartek, 24 maja 2012

Paths of fear

Każdy się czegoś boi. Maga panicznie boi się istot żywych z rodziny owadów, tych skrzydlatych i pająków w szczególności. Gordziaf boi się niepełnosprawnych. Ja się boję, że mnie zmysły oszukują, że to, co widzę, czuję, dotykam, że to wszystko jest nieprawda, a ja leżę gdzieś w psychiatryku zećpany relanium do nieprzytomności, albo podłączony do ogromnej sieci zasilającej maszyny jak w Matrixie podczas gdy wszystko, co doświadczam zmysłowo to tylko wytwór mojego umysłu.

Te stany zwątpienia, kiedy czuję, że ziemia spierdala mi spod butów, mam najczęściej przy eksplozjach debilizmu ze strony innych ludzi. Taka prosta sytuacja, podjeżdżamy na stację benzynową, kupuję sobie fajki, wychodzę, a przed drzwiami stoi Wiesiek i mówi mi, że może pasuje kupić jakąś colę do tej whisky, co ma w samochodzie. Facet 25 lat, co w życiu widział niejedno, co kwitu przejebał razem ze mną, to nasze, i on ma problem z zakupem coli tak ogromny, że aż musi się mnie poradzić, co począć.

Jak sen jakiś, absurd, sytuacja nieprawdziwa kompletnie i ja stoję tam, czuję wyraźnie, że kostka brukowa zaczyna kruszyć mi się pod podeszwami i myślę Okej, spokojnie, wszystko jest pod kontrolą, ale nic nie jest pod kontrolą, stacja benzynowa zamienia się scenerię najgorszego koszmaru, jakby człowieka z arachnofobią oblazły wszystkie pająki świata, jakby ktoś z lękiem wysokości stanął na szczycie zasranego Burj Khalifa. Mocno zasysam powietrze nosem, zaciskam pięść, czuję, że kostka brukowa pod stopami przestaje się kruszyć, zbieram się na odwagę i mówię Wieśkowi, że jak pasuje colę kupić, to niech to, kurwa, zrobi, na co on rusza w stronę okienka, w którym obsługują ludzi w nocy i już stoję na twardym gruncie.

Z daleka, z perspektywy trzeciej osoby to jest głupie, śmieszne może, ale ja się nie na żarty boję. Uczucie odrealnienia, jakby ktoś odklejał powłokę z ekranu LCD, jak wczesny stan zapłonu taśmy filmowej widoczny na kinowym ekranie, jak przemiana światów w Silent Hill, przez te kilka sekund widzę to wszystko i zaczynam wątpić w siebie, w istnienie wszystkiego, we własne zmysły. Tak się chyba wariuje, nie? Odchodzić od zmysłów, tak się o tym mówi.

Siadam w samochodzie, mówię o tym Patrykowi, bo coś z tym muszę zrobić. Odpalam szluga, solidny buch w płuco, tak, żebym poczuł, żeby dym rozlał mi się po ustach tym swoim gorzko-kwaśnym smakiem, żeby żar otarł mi się o palec, żebym utwierdził się w przekonaniu, że tu jestem i to wszystko wkoło ma jeszcze jakiś sens.

Tak reaguję na sytuacje tak absurdalne, że aż nieprawdziwe. A takie sytuacje stworzyć potrafią tylko ludzie. Ludzie niepewni siebie, ludzie leniwi, ludzie, którzy wszelką możliwą odpowiedzialność za wszystko, co tylko się da wolą zrzucić na kogoś innego, którzy zrobią wszystko, byleby tylko nic nie robić. Skąd to się bierze? Nie wiem, pewnie za dużo amerykańskich filmów. Ale popatrzcie, ile codziennie podejmujecie za kogoś decyzji w sprawach nawet najbardziej trywialnych, albo ile nawet najbardziej trywialnych spraw zarzucacie na czyjeś barki, żeby przypadkiem nie wziąć na siebie odpowiedzialności nawet za tak wielką pierdołę, jaką jest podjęcie decyzji o zakupie jebanej coca-coli. A zaręczam Wam, że robicie to, niezależnie od tego, czy macie tego świadomość.

piątek, 18 maja 2012

Demo kracji

W temacie butów jestem stuprocentową kobietą, z tym, że stosuję własne nazewnictwo.

Dwa miesiące szukam butów do garnituru. Po miesiącu pogodziłem się z faktem, że nie ma takiego kroju, jaki bym sobie życzył. Po drugim miesiącu, kiedy już postanowiłem kupić byle jakie, byle tanio, musiałem pogodzić się z faktem braku odpowiedniego rozmiaru. Jakby cały świat obuwniczy nagle zbuntował się, albo nie wiem, stwierdził, że 41 to hujowy rozmiar i nie będą go produkowali.
Ale idę przedwczoraj do pracy, a za szybą jednego sklepu są, one, jedyne, takie, jakie chcę. No i chyba je kupię, ka jego mać, chociaż drogie.

Ogólnie rzecz biorąc coraz mniej odnajduję się w tym świecie. Stoję przed półką z pastami do zębów dziesięć minut i nie wiem co począć. Tyle rodzajów tego gówna się produkuje w jakimś konkretnym celu, czy tylko po to, żeby wystraszyć mnie do reszty? Pamiętam, że jak byłem mały, to były trzy rodzaje jogurtów: Fruttis, Danone i te tanie, hujowe. I było jasne, chcesz quality - bierzesz Fruttis, albo Danone, chcesz tanio, bierzesz tani. Tyle, end, finito. A teraz skąd ja mam wiedzieć, które z tych dwustu tysięcy rodzajów gówien jest dobre? Przestałem jadać, poważnie.

Nie mam zdrowia ogarniać tego wszystkiego, zdrowia, nerwów, ani czasu zgłębiać tajników różnic pomiędzy tymi samymi produktami różnych producentów. Ja mam pasję, znajomych i plany na weekend. Zresztą wybór spomiędzy tego, co dają nam do wyboru to żadna wolność.

czwartek, 17 maja 2012

Listen to the dialog

Piorę w rękach, bo nie ufam pralkom. Poważnie. Raz po jakimś większym praniu kumpel mnie pyta
-Po co pierzesz? Co byś nie robił, to i tak będziesz taki sam.
-Piorę, bo mam brudne ciuchy. Jakbym chciał kształtować charakter, to bym sobie kupił wkładkę do butów.

niedziela, 12 lutego 2012

Czem skorupka

No i pojechaliśmy na ten tur, a czułem dobrze, pajonk. Trafiłem w drabince na Wieśka, który sobie chyba zapomniał z kim gra, później na Robsona, z którym wygrałem tak, że sam byłem w szoku, później Rupert, który zagrał jakby się bał, a później Tenshi pomściła Robsona. I w sumie dobrze było.

Z tym, że chyba potrzebuję wolnego. Tak z rok, albo półtorej. Dwadzieścia baniek w totka, i obiecuję ci, świecie z mojej strony święty spokój. Sny o lepszych czasach, podobno ma je wielu.

Tymczasem o północy w idealnym świecie samotne dusze dumają nad kawą i szlugiem, dym nie leci im do oczu, kiepy nie wpadają do kubka i tylko człowieczki chrupią pod butami, bo z chrzęści i stawu stworzone, tendencje wrodzone do chrupania mają.