niedziela, 25 grudnia 2011

Mam za mały monitor


Bardzo cenię sobie u Heleny to, że lubi święta tak samo, jak ja, czyli nie za bardzo ją obchodzą. Ot, opierdoliliśmy obiad, obejrzeliśmy Kevina i cała filozofia. Ona się cieszy, że dużo filmów idzie, ja się cieszę, że mam dużo wolnego. Spokój. Tylko gardziołko mnie pobolewa, szaliczek założyłem nawet.

niedziela, 20 listopada 2011

Blablabla

Życie jest jak paczka fajek, jak częstujesz, to się szybko wypala. Jak palisz sam, to jest na dłużej, ale nudniej.

Palenie na pojarę jednak nie jest takim złym wyjściem.

czwartek, 10 listopada 2011

Gdzieś

Gdzieś mi giną rzeczy, zapalniczki, minuty, ludzie, było jakby nie dało się bez tego żyć i jeb, budzisz się pięć, dziesięć, piętnaście lat później i myślisz sobie kurwa, miałem taką małą benzynówkę, albo ciekawe, co on teraz robi, przecież wtedy, w piątej podstawówki byliśmy jak bracie and so on, and so on. I siłą rzeczy trzeba oddzielać to, co ważne od tego, co naprawdę ważne, albo co wydaje się naprawdę ważne, bo dziesięć lat temu to było naprawdę ważne, a teraz nie ma tego wcale, albo jest, w postaci siema, nie masz dwa zeta do piwka dorzucić, albo siema Jacek, rzuć że szluga. Takie to jebanie.

Kiedyś doraźnie parę złotych zabijało kłopoty
Na chwilę, bo na ile może starczyć tyle?

Spełnianie marzeń z dzieciństwa za dorosłe pieniądze często już tak nie cieszy, bo po huj mi klocki lego, chyba żebym się miał o co potykać, albo żebym miał kolejną pozycję na liście rzeczy, na które nie mam czasu.

Z czasem człowiek się chyba po prostu otrzepuje z tego wszystkiego, bez czego da się żyć i spokojnie, przed telewizorem, komputerem, laptopem, za kierownicą, w łóżku, do którego sam kupił materac, a dbał przy tym o wygodę, w butach, których szukał przez trzy miesiące, żeby były ciepłe i niech nawet kosztują trzy stówki, byle nie mokły, a kurwa, nie chce mi się.

Tout passe, tout casse, tout lasse.

Pesymistyczny się jakiś zrobiłem, ale to nie moja wina. Kiedyś, safe inside my final home, znów będziemy się śmiali.


sobota, 5 listopada 2011

No i

No i wylądowałem w szpitalu. Ze dwadzieścia lat tam nie byłem. Kroplówka, obserwacja, potas, magnez, ziółka smaczne, że dzięki, a ja naprawdę lubiłem guajazyl. Nerwowy pan jest, albo ma pan gnój z cukrem, koniec końców, nie wiadomo, co panu jest. Idź pan, jak się znowu zdarzy, to tydzień pan poleżysz, a na razie idź pan.

Szczęście, że mam dobrego szefa.

środa, 19 października 2011

Buehehehe

Na każdą dupę znajdzie się decha, jak to mówi stare, góralskie przysłowie. U nas co prawda góry "po zbóju", aleśmy przez to sprytniejsi.

No i tego, za tydzień o tej samej porze będę żegnał dwóch smutnych panów, bo będę kończył właśnie - jak i dziś zresztą - pracę. No i tych dwóch smutnych panów w sobotę pójdzie sobie stąd, jeszcze smutniejsi będą, a za tydzień, albo trzy dostaniemy raport, a w nim kilka zdań w tabelce "uchybienia nieistotne".

Istotne natomiast jest to, że mam dziurę w lewym bucie. Nadal.
Aha, nie kupujcie tych wkładek do butów w Biedronce, hujowe są kompletnie.

piątek, 14 października 2011

środa, 12 października 2011

Dare to be

Dare to be different, dzifko.

PS. Powie mi ktoś w końcu, czy przejście do CDS redukuje straty na bloku?

poniedziałek, 10 października 2011

Back to black

Wróciłem do Kazka. Kogo ja chciałem oszukać tymi Steveami, Alisami, Bryanami, Bobami? Ja gram Kazkiem, nikim innym nie umiem.

Poza tym zaśpiewałem ostatnio "Back to black" Amy i złapałem doła, tak po prostu, przyszedł, rozsiadł się i powiedział "No cześć, co słychać?". Z tydzień chodziłem przytrzymany jak menel po rencie, tylko prosto. Najedzeni poeci kłamią, jak oznajmia pismo, i to też jest metafora.

List od pana posła, któremu w tych wyborach podobno nie pykło, aż szkoda, bo musiał sporo wydać na promo i spin doctorów. Wygrało PO, Palikot też dał rady, ale to jest akurat najmniej ważne, bo w te wybory wszyscy zachowywali się jak na olimpiadzie, kto wygra, kto zdobędzie złoto, fejm i władzę, i już chyba każdy miał w dupie, czy Ci ludzie rzeczywiście się do czegoś nadają. I dopóki jest się pod kloszem PO KL, to ta sprawa nas nie dotyczy w takim stopniu, jak ludzi na zasiłkach, ale do ciężkiej kurwy, czyście wszyscy ohujeli, poślepli, ciśnie się na usta, a ciżma ma w dupie nauki o nadczłowieku i dawajcie linoskoka.

Przesuwając się po osi czasu szanse na przeżycie każdego spadają do zera.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Sing it

Zła natura znów wygrała. Z czasem to wszystko dochodzi do człowieka i pewnego dnia sobie uświadamia, że wcale nie lubi Verdany, że dużo bardziej podoba mu się Calibri.

To tak, jak w podstawówce. Idziesz na automaty no i naturalnie szczytem lansu jest grać Kazuyą, bo on przecież taki twardy, zły, demoniczny i przede wszystkim fabularny. To samo z Ryu, no kurwa. Po piętnastu latach uświadamiasz sobie, że wcale nie lubisz, że męczysz się, że się dusisz z tym i że tak naprawdę lubisz proste roboty bojowe, albo bliźniaków, bo fajnie kopią. I zmieniasz postać i próbujesz coś ugrać, ale okazuje się, że jest już za późno, że piętnaście lat grania jednym i tym samym sprawiło, że już nie umiesz grać kim innym. Co wtedy?

piątek, 5 sierpnia 2011

Lajf

Otóż, jak się okazuje, po przerobieniu XBOXa dla potrzeb gracza - pirata można dostać bana na XBL - usłudze oferującej rozgrywki on-line. I później podobno ludzie płaczą, że grać przez neta nie mogą. Kolegów nie mają, czy jak?

Kiedy ja się zdążyłem tak zestarzeć?

niedziela, 3 lipca 2011

Kiedyś to były śmieci

Stoimy z Wieśkiem za Delikatesami centrum, w tym samym miejscu, co dziesięć lat temu i jaramy szluga. Po calaku, a jak, bo nas stać teraz, a dziesięć lat temu było i że trzeba było jarać pojarę niekoniecznie suchą i na pytanie "Jakie palisz?" odpowiadało się, że płaskie, albo półpłaskie, bo zależy, jak kto przydeptał.

No i stoimy z Wieśkiem w tym samym miejscu, co dziesięć lat temu, chociaż tu i teraz niewiele ma wspólnego z tamtym; chciałem to opisać, miałem plan, miałem całą historię, ale nie, jednak zostawiam to dla siebie. Menela, który pytał o Staszka, sok marchewkowy za dwa złoty i czekoladę kokosową za złoty trzydzieści, bogactwo przy pierwszym, jak można było zajarać po całym. Kiedyś to opiszę wszystko i gdzieś wydam, zapłącą mi za to, na pewno zapłacą, bo takie książki będą miały branie, tak jak książki o ćpunach, o internetowych, o wojennych, o komunistycznych, o patologicznych, więziennych, tak jak o wszystkich patologiach będą miały brania też książki o normalności, która miała bardzo dużo prostych marzeń i trochę mniej pieniędzy.

Jaramy z Wieśkiem po calaku i pytam go, kiedy ostatnio musiał jarać pojarę. Tak, ja też nie pamiętam. I dobrze jest, i o to wszystkim nam chodziło. I pierdolić sentymenty, o to toczyła się walka i o to ta walka nadal się toczy. I ja mam zamiar wygrać, ot, kurwa, co.

Tak, pamiętam.

piątek, 1 lipca 2011

Jak tak

Jak tak człowiek usiądzie i się zastanowi, to nie ma czasu na wszystko i - koniec końców - wybiera się szluga, siłą rzeczy.

Szef mi sprzedał patent na chorobę lokomocyjną. Zrobić z pępka cipkę i zakleić plastrem. Jak się uda, to jutro przetestuję.

sobota, 25 czerwca 2011

Niedonoszenyj riebienok wojny

Doszedłem do wniosku, że za stary jestem na przejmowanie się kolejnym dziedostwem. Walczy człowiek o spokój każdego dnia, o kawałek filiżanki kawy, mocnego dymka i czas na ubicie kilku majinów, a, właśnie, gramy z Lelokiem w RE5. On biega Shevą, bo nie lubię grać laskami. Kupiliśmy sobie shotguny z nieskończoną amunicją i jest trochę mniej straszno, ale i tak jest fajnie. Magusia natomiast chyba zmieni postać na Aliskę. Alisa jest mocna, ma świetny step i hopkicka.

W przyszły weekend jest turniej na Krakonie. Pod koniec lipca ostatnia Tawerna we Wrocławiu. Trzeba będzie sprawdzić, co da moc topa.

Fajnie jest.

piątek, 24 czerwca 2011

W takie dni

W dni takie, jak ten, w długie wolne popołudnia, które stanowią poranki, zwykle siedzę i szukam dobrych remixów, coverów kawałków, które lately wryły mi się w łeb. I tak Maria Mena okazała się być niezła, ale czegoś jej brakowało. Aya Kamiki na początku prawie wyrwała mi mózg, ale nie tego szukałem. Paul McDermott pewnie nie jednej kobiecie spędza sen z powiek, ale rejestrami totalnie nie trafił w mój gust. Za to Global DeeJays i Jazzkantine wpędziły mnie konsternacje, bo poniżej wrzucę tylko jeden link. Quenn of Japan prawie rozwiało moje wątpliwości, ale trafiłem na świetną kopalnię mojej ulubionej rudy, która nazywa się 巡音ルカ i i błyskawicznie się zakochałem. Jednakże stara miłość zawsze wygrywa, w końcu wrzucam to, co poniżej. Smacznego.





To nie miał być i nadal nie jest blog muzyczny. Tak sobie po prostu chodzę po świecie i jak coś znajdę, to tu kładę.

piątek, 17 czerwca 2011

Jak byłem mały

"Stoję w autobusie linii 128 i wiatr czesze mi włosy, bo ryj za okno wystawiam jak pies. W słuchawkach Song for Siren, tak bardzo niepasujący do tego słonecznego, czerwcowego poranka, śmierdzącego spalinami i rzygami z piątkowej nocy, które nie zdążyły jeszcze dobrze wyschnąć.
Wcześniej była inwersja. Tutaj tego nie było widać, ale w Beskidzie wygląda to pięknie. Po drodze, na wysoko ulokowanych odcinkach trasy, w Rupniowie, czy Starym Rybiu doskonale widać płaskie i zaokrąglone szczyty gór wystające ponad chmury, które przetaczają się dolinami.
Tutaj tego nie ma, tu jest spleen, starbaks, makdonald i klabing. I też dobrze, tylko trzeba uważać, żeby w pawia nogi nie włożyć.
I może to jest nawet trochę dziwne, że gaszę papierosa akurat, gdy Bruno czyta list od Baby, z którego dowiaduje się o śmierci Johnyego, a delikatny wiatr studzi mi kawę w papierowym kubku."

Jak byłem mały, siostra katowała mnie swego czasu R.E.M. Ta gitara wypaliła mi w głowie piętno i zostało, teraz mi się podoba i nic nie poradzę.

wtorek, 24 maja 2011

Aaa...

Aaa, idź pan w huj z takim końcem. Spodziewałem się fajerwerków, błysku, kurwa, chociaż, a tu nic, tylko jakiś gej z parady z dwoma całkiem niczego sobie koleżankami przemaszerował. Punkt szósta, a nawet minutę przed stałem i czekałem na show, a tu nic, przystanek Dworzec Główny Zachód i szlug bez przekonania dogorywający między palcami.

czwartek, 19 maja 2011

środa, 11 maja 2011

Kosmos

Postanowiłem po latach śmigania w adidaskach, glanach, czy innych trzewiczkach sobie kupić trampki za dychę. Przemierzając przestwór sklepów wyboru natrafiłem nareszcie na hurtownię. Jak tylko tam wszedłem, od razu poczułem zapach, ten charakterystyczny smród chińskiego kleju, równie chińskiej gumy, i kawałka szmaty a w umysł przygrzmociło mi bez pardonu tsunami wspomnień, z dzieciństwa totalnego w stylu wczesnej podstawówki z lekko pachnącą pleśnią salą korekcyjną; podstawówka bardziej zaawansowana, wrześniowy, słoneczny dzień na boisku; zima, gimnazjum i wagary, które jakimś cudem nie zaowocowały odmrożeniem stóp; znów gimnazjum, piwnica u b-boyów i wino z porzeczek, cierpkie, ale słodkie...

- Czuję trampki! - Rzekłem do Magdaleny podekscytowany.
- No, strasznie śmierdzi. - Odrzekła lekko zdegustowana Magdalena.

Trampki za dychę kosztują teraz 15,99zł. i już przy pierwszym założeniu urwałem jedno oczko od sznurówek. Coś świetnego, jak Bóg i partia dadzą, że w lipcu jeszcze będę pracował, to zainwestuję 60zł. w Smithy.

piątek, 6 maja 2011

Filing

To uczucie, kiedy wychodzę zapalić na klatkę schodową i słyszę brzęczenie Radia Kraków w starym głośniku, którym babcie budziła mnie we wakacje jak byłem mały, a później okazuje się, że to tylko latająca mucha.

czwartek, 5 maja 2011

Od wczoraj, na zawsze

Chyba się ostatnio za bardzo przejmuję pierdołami. Przestałem chyba zestawiać, to dlatego. Może. A może nie, nie wiem, a sprawdzić nie ma jak, bo zapomnę.

W każdym razie przejmuję się pierdołami, bo zaczęło mi chyba na czymś zależeć. To jest straszne, to jest dobrowolne ubezwłasnowolnienie, jakbym się obkładał z różnych stron ścianami o tajemniczo brzmiących nazwach przyszłość, chęć otrzymania wypłaty, czy utrzymanie stanowiska pracy, co jakimś cudem zdetronizowało chęć posiadania świętego spokoju, czy pocałujcie mnie wszyscy w dupę.

Jacek się skończył na Kill'em all.

wtorek, 3 maja 2011

Siła

"Cwał Walkirii" hitlerowskim żołnierzom puszczało się w czołgach, żeby ich nahajpować.
Folk bym puszczał buractwu, może by im się fifokować odechciało.

niedziela, 1 maja 2011

Paine is the weakness

Mam jakieś destrukcyjne zapędy czasem. I jak czasem je mam, to mi się wydaje, że dobrze by było cały ten burdel wysadzić fpizdu, jest na tyle bomb. Ale nie atomami, deszcz całej reszty, co tylko mamy niewielkiego. Biały fosfor, burzące, kasetony, te małe, niehumanitarne skurwiele, jebana kanonada i ogólnoświatowy strach, jedność i gruzy.

Jak ludziom za dobrze, to szukają problemów. Te całe Libie, czy inne Iraki dla Europejczyka dwudziestego pierwszego wieku są idealnym rozwiązaniem. Co by bez tego zrobił, co by zrobił, gdyby po pracy nie mógł usiąść przed telewizorem i się poprzejmować? Ślub Karola był raz i dzięki, a konflikty zbrojne trwają, coś wybucha, coś strzela, ktoś umiera, mamy jakiś ruch, jak pieniądz na giełdzie, kupuję dzień dłużej, sprzedaję demokrację kalibru 5,56 milimetra z M4 na baterie.

Pustota.


sobota, 30 kwietnia 2011

Twist

...Że miałem moment przejścia z licealnego nihilizmu na zascetyzowany nietzscheanizm, który co prawda również nie uchronił się od systematyki...

Budowanie czegokolwiek na nieświadomości, albo z jej zaburzeniami jest jak - i tu jakieś fajne porównanie.
Pepsi Twist na biurku przypomina mi liceum i czas między liceum a studiami. Pepsi leczyło, dziś kojarzy mi się z jakimś rodzajem upadku.

środa, 27 kwietnia 2011

Wiadomości

Jak donoszą serwisy informacyjne, hakerzy ukradli dane kilkudziesięciu milionów użytkowników PlayStation Network.

Jak się ludziom zachciewa bawić cudzym życiem, jak się komuś zachciewa bawić moim życiem, to zapraszam, kurwa, do pochodzenia sobie w moich butach. Ciekawe, jak daleko byście zaszli.

Nie, nie mam konta na PSN. Do czego innego piję.

------------------------------------------------------------

Przeglądając losowo wybrane blogi klikam tylko na te, przy których miniaturka zdjęcia przedstawia ładną dziewczynę, chociaż doskonale wiem, że niedługo później zamknę kartę z jej blogiem, bo takie zwykle niewiele mają do powiedzenia.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Nie wiem

Zwykle ludzie są na tyle przekonani o swojej racji, że totalnie nie dopuszczają do siebie możliwości, że mogą nie mieć racji.

"Kwestionuj wszystko" uwzględnia też Ciebie.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Słynna restauracja

Za moich czasów w Lany Poniedziałek na osiedlu trwała regularna wojna. Bloki 1-6 kontra bloki 7-11. Wygląda nieuczciwie, ale ci drudzy mieli pompę, która stanowiła jakby fortecę, stały i nieograniczony dostęp do wody. Kto miał pompę ten miał władzę.

Patrzę za okno i nikomu się nie chce nawet worka z wodą na przechodniów rzucić z okna.

Persona

Przypomniało mi się kilka fajnych gier na PSX'a. Ta konsola miała moc magiczną. Teraz to jakieś z dupy wszystko. A może i nie wszystko. Może to nie konsole się zdupiły, tylko ja się zestarzałem.

W każdym razie ściągne sobie Final Fantasy VIII chyba. Sklepię Edeę, to zawsze poprawia humor.

sobota, 23 kwietnia 2011

Leon

Zmieniłem szablon, a huj, zaszalejmy. Okrasa opowiada o jajach faszerowanych jajach, w telewizji, o pierwszej rano.

Tak, czy inaczej jest jakaś pustota. Łańcuszek mnie ni to straszy, ni to patrzy z wyrzutem z drzwi szafki, na których wisi. Czas zadumy, refleksji, wspomnień czas i wspominam zasadniczo, ale nie przez czas, a przez muzykę, której przypadkiem słuchałem dziesięć lat temu, pięć late temu, a którą przypadkiem włączyłem sobie wczoraj. Bo ja wiem, starzeje się chyba człowiek, skóra człowiekowi twardnieje i coraz mniej człowieka rusza.

Jeszcze niedawno, pamiętam, ten sam okres był czasem cukrowych zajączków, na które trzeba było czekać do rana, czasem osiedlowej wojny na wiadra. Później był czasem spotkań, okazji do spotkań ze znajomymi, z ludźmi, których nie można było tak łatwo zobaczyć na co dzień. Dziś mam cztery dni wolnego i nawet zamknięte sklepy przestały mnie wkurwiać, odkąd niedaleko dobrzy ludzie postawili stację benzynową z fajkami dostępnymi całą dobę.

Mówili, że apetyt będzie rosnąć w miarę jedzenia. Niezbyt.
Pih śpiewał, że coraz mniej ludzi do podzielenia się opłatkiem. Ich nigdy nie było wiele.
Zmiany nie są dobre, Leonie. I słusznie.

piątek, 25 marca 2011

~650

A gdyby tak iść na policję i zgłosić, że okradło mnie państwo? Albo, że ZUS mnie stalkuje. Dziś chyba jakaś nowelizacja na ten temat weszła. Że pobierają ode mnie myto, haracz, czy coś o podobnie fajnie brzmiącej nazwie.

Nie, poważnie, ponad 30% wypłaty.

Owoc żywota naszego je ZUS.

Wolałbym te pieniądze, kurwa, zgubić.

środa, 23 marca 2011

Autokorekta

Zasadniczo, myślę sobie, nie jest tak źle.

Szczególnie w takie dni, jak ten, kiedy nikogo nie ma obok mnie i mam masę czasu na bezproduktywne spędzanie masy czasu, który mam, na przykład podczas przeglądania shapesów mogę klecić niespiesznie porywającą historię Jacka, który nie kiwnął palcem w sprawach ważnych, ponieważ pochłonął go bez reszty atak wyimaginowanych ludzi, którzy myśleli, że Jacek ma czas na zawracanie mu dupy i z lubością zawracali mu dupę. Albo Jacek, który musiał uratować instalację elektryczną, to znaczy nakłonić ją do zaprzestania strajku, który rozpoczęła akurat w momencie śmierci baterii w komórce.

No. Takie rzeczy sobie myślę, kiedy jestem sam w robocie. Trochę smutno, że przy tym kompie nie mam głośników, ale co tam, może nawet się za jakiś czas przesiądę na komputer Moniki.

A, właśnie, hit hitów. Monice nie działała drukarka, więc przyszedłem i ją naprawiłem. Szef zapytał, co było nie tak, więc go lojalnie i bez sarkastycznego śmiechu, spokojnie poinformowałem, że nie tak była pozycja przycisku "power" z tyłu obudowy. Wyręczył mnie z tym śmiechem.

Kontrolnie spoglądam na tekst, który właśnie płodzę i przed oczami miga mi pierwsze zdanie. Kurwa, czym ja się stałem? Półetatową biurwą z własnym kubkiem w owieczki? Z drugiej strony nie wszędzie muszą mnie znać. Z drugiej strony, myślę sobie, nie jest tak źle...

wtorek, 1 marca 2011

Czarne pelargonie

Koniec się zbliża wielkimi krokami, taki, albo inny, to jest wszystko obojętne, czy sprawdzi się proroctwo Majów, czy zwyczajnie się zdechnie. I w obliczu takiego, czy innego końca ludzie mają czas na debilizm.

środa, 23 lutego 2011

Ściana

No to jest ta cała impreza z pracą, nie, i trzeba zrobić tam kilka rzeczy, doktor, wyrejestre, cuda hujki. No i ta pani doktor, bardzo miła pani, powiedziała, że muszę jeszcze rentgen płuc zrobić, to znaczy zapytała mnie, kiedy ostatnio robiłem, więc jej powiedziałem zgodnie z prawdą, że nigdy, to mi powiedziała, że muszę, że raczej by wypadało i mi napisała skierowanie. To się zapytałem, na co się to robi, a ona, że na gruźlicę, której to raczej nie posiadam, co wnoszę po tym, iż dłużej niż dzień jeden na raz kaszlałem ostatnio w podstawówce, czy tam gimnazjum, kto by to pamiętał.

Zobaczymy, co daje trzynaście lat palenia.

wtorek, 22 lutego 2011

Autograf

-Pali?
-Pali.
-Ile lat? Dwa? Trzy?
-A niech pani wpisze pięć, bo jak powiem, że trzynaście, to i tak pani nie uwierzy.

Zaliczyłem tą socjologię. Semiotykę może też się udało, w zależności od wymagań.

Turniej się kroi, w Warszawie tym razem. Można by się lepiej przygotować, żeby wyniki były jakieś wyraźniejsze, ciekawsze, ale jakoś specjalnie na to nie liczę. Fajnie będzie i tyle, Wieśka znowu postraszymy, że jak nie wygra, to będzie wracał na nogach.

Muszę się ogolić.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Clockwork brain

Kupię sobie po wypłacie pada DS2 i przejściówkę. Będę miał swoje w końcu, bo to jest dobre, mieć swoje oprzyrządowanie, które w razie potrzeby, czy nawet okazji, można podpiąć do czyjegoś body, jakkolwiek body to nie jest nazwa konsoli samej w sobie, ale w tym momencie brzmi dobrze.

A tak, po wypłacie, bo pracę mam, znalazłem, albo ona znalazła mnie. Może to już ten czas, kiedy przestajemy chcieć czegoś i to coś zaczyna chcieć nas. W każdym razie w przedszkolu naszym nie jest źle, że sobie pozwolę K. zacytować. I można sobie kupić pada.

niedziela, 6 lutego 2011

Memento

Jestem niezmiernie ciekaw, co się dzieje z tymi wszystkimi rzeczami, myślami, zdaniami i całą resztą, które się zapomina.

środa, 2 lutego 2011

Blue hotel

To jest skomasowana ofensywa elementów, które mózg automatycznie odbiera za wyposażone w znaczenie, albo drugie dno, albo przekaz ukryty, kiedy się ktoś uśmiecha, albo wyciąga rękę, albo mówi coś i tak się zaczyna robić tłoczno.

Dr Jackyll i mr HiK.

Jak zatkam nos i przełknę powietrze, to mi się uszy zatykają.

piątek, 28 stycznia 2011

Deity

Jak człowiek obczai przejście z flk w flk, po którym ładuje się w alb i dociska słodkie 2, to się czuje jak Edyp po przejęciu władzy w Tebach.

A tak na serio, to but mi się rozpieprza lewy, po wewnętrznej. Klej puścił, a włoskie. To znaczy nie wiem, czy włoskie, ale z Włoch przywiozłem, jak na winogronach i jabłkach byłem. Szkoda, bo ja naprawdę lubię te trzewiczki. Jak przytulę jakieś debilary, to je zaniosę do szewca.

Plan na kolosa z socjopatologii jest i jest dobry. To znaczy skserować w niedzielę ściągi od Janka i mieć nadzieję. Dużo nadziei. Nadzieja, co prawda, matką głupich, ale życie bez niej byłoby beznadziejne. Zresztą, jak się człowiek uczy, to są z tym same problemy. Bo może zapomnieć, może pomylić, może się zestresować, może coś tam coś tam, a tak sprawa jest prosta - zaliczy się, albo się nie zaliczy. Szanse jak na zobaczenie tyranozaura grającego na bałałajce, kiedy się wychodzi rano na fajka.
W każdym razie zapobiegawczo nie wyjąłem nawet kserówek z materiałem z koszulki.

Tyle dobrego, że we wtorek już nie będzie stycznia. Jak już się skończy styczeń, to zawsze jest lżej. Luty jest krótki, w marcu już bliżej niż dalej, a kwiecień, wiadomo, plecień, bo skakała, to by ślimak huj ci w dupę. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie ma czasu złapać oddechu. Jeden semestr za dwa klocki, później święta, sylwester, zimowe zjazdy, sesja, później drugi semestr i znowu dwa klocki z kieszeni, później znowu sztres i wakacje, czyli szukanie roboty, z którą to podobno u nas ciekawie, bo na ileś tam tysięcy bezrobotnych mamy w PUPie trzydzieści kilka ofert pracy, z czego dziesięć to budowlanka. By to tak jebaly.

Cały czas mam wrażenie, że tu jest coś nie tak, że to nie tak powinno być, że ktoś tu coś popierdolił piramidalnie i powinien się zorientować, pacnąć się w czoło i powiedzieć "Sorry, my bad, popierdoliłem", a później zrobić na nowo i już wszystko będzie w porządku.

czwartek, 27 stycznia 2011

Styczeń

Styczeń to się zawsze tak, kurwa, ciągnie, jak dziwce rzeżączka.
A na koniec jeszcze kolosem z socjopatologii dojebe.

wtorek, 25 stycznia 2011

No, wiem

Wiem, wiem, szrajbnę coś w końcu tu. Kolokwia się zbliżają, a mi zimno w podeszwy. Socjologia, semiotyka, takie tam, bo ja wiem, całkiem nawet ciekawe rzeczy, bo na przykład wcześniej nie wiedziałem, że tożsamość, albo Pelc, a teraz wiem i jestem zupełnie innym człowiekiem. To znaczy nie, że od razu zaczynam trawić inaczej i resztki pokarmowe przetwarzają się w butelkowane LPG, ale no.

Na turnieju Tekkena byliśmy. Fajnie było, się znowu poczułem jak w liceum. Każdy ma jakąś pasję. Jezus przyjmował razy i nosił krzyż, ja się lubię wirtualnie okładać z kimś po pysku.

Baj de łej Jezusa, to grzeszcie, bo jeżeli tego nie będziecie robili, to jego śmierć pójdzie na marne.

(Grzech sensem śmierci ukrzyżowanego cieśli, pożywką pamięci, wiary, nadziei i jednej z najpotężniejszych religii, co za apsórt.)

czwartek, 20 stycznia 2011

Shinku!...

Remik zdziwił się, kiedy postaci na ekranie zaczęły robić rzeczy, których on ani nie chciał, ani nie starał się wywołać poprzez naciśnięcie odpowiednich klawiszy. Grał w naparzanke i puszczał hadukeny, gdy nagle Ryju, bo Ryjem grał, zaczął robić jakieś kopy i inne fikołki. Po chwili usłyszał dźwięk sms-a dochodzący z jego kieszeni. Remik był prosty, ale skojarzył fakty na tyle, żeby zacząć dumać nad możliwością istnienia wpływu sygnału telefonów komórkowych na przekaz z dżojstika i nawet go duma przez chwilę ogarnęła, że może to odkrył i zasługuje na pochwałę, ale wrodzona skromność i tak nigdy nie pozwoli mu pochwalić się tym odkryciem szerszemu gronu.

Odebrał wiadomość. "Czesc misiu co porabiasz? Moze wyjdziemy dzis na zakopy a puzniej na impreze w..." tutaj przestał czytać. Ta mała wkurwiała go już długo. Powinien wiedzieć, że małe Krysie, Gabrysie, czy inne Wiole, które swoje imie na portalach społecznościowych piszą przez "V", no więc powinien wiedzieć, że takiego typu asortyment jest mu już dawno niepotrzebny, bo tego typu asortyment to jest czarna dziura, która pochłania pieniądze i czas, ale raz się najebał studziennie w absurdzie, czy tam pingwinie, nie pamiętał dokładnie, bo kto inny prowadził i rano się już z nią obudził, jak się do niego przytulała, durna dupa, a on chciał tylko spokoju, bo miał kaca, i żeby najlepiej wypierdalała, ale wrodzona skromność nie pozwoliła mu jej wypierdolić na zbity pysk, a poza tym, to może mu chociaż zrobi gorzkiej kawy, pomyślał, Robusty, albo może Etiopii, tak, Etiopia łagodniejsza, lepsza będzie. W każdym razie nie kazał jej wtedy spierdalać, bo zauważył jej legitymację szkolną wystającą z kieszeni spodni, szkoła zawodowa jakaś tam, czy może liceum dla dorosłych, jeden huj, w każdym razie była pełnoletnia.

No i ona wtedy mu zrobiła tej kawy, innej Arabici co prawda wsypała, bo się biedna pogubiła, a jej umysł myślą niezmącony nie wpadł na to, żeby przeczytać napis na nalepce jednej z kilkunastu puszek z kawą, którą losowo ujęła w dłoń, ale zrobiła tą kawę i Remik pomyślał sobie, że to nawet nie jest może takie złe, tak wtedy pomyślał, a teraz trzyma w dłoni telefon, który przerwał mu wirtualne naparzanie chamów hadukenami i nie do końca wie co zrobić. "Pierdolić wrodzoną skromność!" - takie słowa zdają się unosić nad żyznymi polami freudowskiej nieświadomości Remika, ale on o tym nie ma pojęcia, więc nie ma też pojęcia, dlaczego - miły zazwyczaj, choć stukilowy i łysy - teraz pisze jej "Spierdalaj w sumie, mała, bo ja jestem za stary na to, a Ty czas cały wrażeń szukasz i młoda jesteś, a ja już coraz mniej. Spierdalaj mała, już mi się znudziłaś, to Twoje ciągłe ciąganie mnie wszędzie, podczas gdy ja sobie w spokoju, chwilę celebrując, każdy łyk Kenii z nabożnym szacunkiem doceniając, gram sobie spokojnie, Ty chcesz czegoś znowu, bo usiedzieć na tym miejscu, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę, nie umiesz, a swędzi Cię to miejsce również bez przerwy, a mi się dobrze siedzi, bo ja spokój cenię. Spierdalaj, mała, ładna jesteś, w sztuce miłosnej mimo wieku młodego obeznana jak córa Koryntu, znaczy pierdolisz się świetnie, więc znajdziesz sobie kogoś szybko, a Tobie to różnica żadna, czy Remik do kogoś tego mówić będziesz, czy Andrzej, czy Wacław, a może upierdliwy mniej będzie ode mnie i BMW będzie miał, na które mnie zawsze namawiałaś, zamiast ekonomicznego i wygodnego Golfa czwórki. To dobre wyjście dla nas obojga, mała, spierdalaj więc i szczęścia Ci życzę."

Mała zrozumie tylko "Spierdalaj" i że "Szybko sobie kogoś znajdzie", i że "Już mu się znudziła", bo Remik prosty jest, ale z polskiego zawsze piątki miał i wypracowania pisać lubił, a ona z tych, co lubi, to raczej tylko zakupy, imprezy i rżnięcie na okrętkę, więc na wszelki wypadek się obrazi i może kiedyś, kiedy w knajpie sama będzie i przypadkowo Remika spotka, poprosi go, żeby jej drinka postawił, a on to zrobi i pójdzie w swoją stronę, bo ma już trzydzieści z okładem na karku. Tymczasem Hadouken, mała.

środa, 12 stycznia 2011

Laktoza

Jem jogurt naturalny. Już czuję to stado laktozy galopujące w stronę wątroby, która, nie wiedząc, co z tym zrobić, zmusi mnie do jej usunięcia drogą lotną. (Wiem, wiem, fermentacja winna unicestwić laktozę - powiedzcie to moim flakom.)
Akuma matata.

wtorek, 4 stycznia 2011

Bajka o Czerwonym Kapturku...

...w wersji teraźniejszej. Ykhm - ykhm!

Czerwony Kapturek ver.2000 (29-07-2008)

Pewnego dnia Czerwony Kapturek miał w planach wybrać się do Babci. Babcia mieszkał na przedmieściach i miał najlepszy kompot wśród dilerów, no po prostu Mercedes wśród kompotów. Miało się po nim taki odjazd, że centralnie filmy Lynch’a miękną, totalna wixa. Kapturek ubrał więc swoje szerokie spodnie z krokiem w kolanach, o trzy numery za dużą, czerwoną bluzę z kapturem i zaczął mózgolić nad tym, co da Babci w zamian za kompot. Spłukany był kompletnie, a Babcia, mimo tego, że był ćpunem i ledwie widział na oczy, to jednak zawsze był na tyle przytomny, żeby skleić ile sianka ma wziąć za torebkę. Kapturek wykminił, że skoro z flotą u niego lipa, to oszyje mamę ze sreber, które trzyma w koszyczku w szufladzie pod ubraniami. Nie mylił się, świecidełek było w nim wuchta, normalne Las Vegas. Za to na pewno Babcia spuści mu worek za trzy paczki, a kto wie, może nawet wyda mu resztę.
Kapturek mieszkał w centrum, więc droga do Babci wiodła przez betonowy las bloków. W lesie tym mieszkał Wilk, któremu Kapturek leciał hajs. Z Wilka był gromdny kawał koksa, Kapturek wyglądał przy nim jak mała dziewczynka, więc rozsądek podpowiadał, żeby przez betonowy las nie iść, ale Kapturek nie miał nawet na bilet MPK, więc nie miał wyjścia. Z całą świadomością tego, że jeśli Wilk go dorwie, to nie dość, że spuści mu soczysty wpierdol, to jeszcze skroi mu precjoza, Kapturek poszedł w stronę bloków.
*
Droga mijała mu całkiem spokojnie, przeszedł już przez całe osiedle i jedyne co spotykał, to gownażeria, albo menele śpiące na ławkach i nawet rozluźnił się, szczęśliwy, że Wilk pewnie siedzi teraz na siłce i wpierdala omkę, gdy nagle stało się coś, czego kapturek nie chciał. Zza bloku, na którym ktoś czerwonym sprayem nabazgrał, na której ktoś nabazgrał co myśli o matkach kibiców klubu przeciwnej zapewne drużyny, oraz funkcjonariuszach policji, wyłonił się łysy łeb Wilka. Kapturek mało nie zesrał się w gacie i stanął sparaliżowany, czekając co się wydarzy. Mógł uciekać, ale koszyczek, w którym niósł zapłatę, spowolnił by go drastycznie, a zostawić go przecież nie mógł. Podczas, gdy główkował nad tym, czy spierdalać, czy gadać, Wilk zauważył go, uśmiechnął się dziwnie i całkiem spokojnie podszedł do Kapturka. Był nagrzany jak ruska dziwka, co mogło oznaczać, że zabije Kapturka od razu, albo wóda wprawi go w dobry humor i postraszy go tylko dla zabawy.
-Siema Kaptur, gdzie idziesz?-Wilk zagaił ironicznie.
-Do Babci.-Odparł Kapturek, ukrywając jak umiał strach w głosie.
-Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę-Wilk popatrzył na niego spode łba-ale jesteś mi krewien całkiem sporo kapustki, a ja robię się coraz bardziej głodny...
-Wiem, Wilku i właśnie po to idę do Babci.-Kapturek walił ściemę na poczekaniu.-Skroiłem starą ze świecidełek i u Babci wymienię je na hajs, a wtedy oddam ci całość.
Wilk popatrzył na niego półinteligentnie i podrapał się po łysej głowie. „Pewnie używa szamponu Cif”, pomyślał Kapturek, ale Wilk przerwał mu rozumowanie.
-To wypierdalaj do niego, ale już i za pół godziny widzę cię tu z moimi zielonymi pierdolcami, a jak nie, to dostaniesz taki wpierdol, że matkę z ojcem pomylisz!-Krzyknął i kopnął Kapturka w dupę, a ten pobiegł co sił w stronę domu Babci.
-Babcia ma hajs, a Kaptur sreberko...-Powiedział sam do siebie, kiedy Kapturek zniknął mu z oczu.-Pojadę do Babci, spuszczę mu wpierdol i skroję z kasy, a jak przyjdzie Kaptur, to skroję go ze srebra, a jak będzie coś sapał, to też mu wpierdolę!-Dokończył i wsiadł do swojego stuningowanego BMW, dziko zadowolony ze swojego planu.
*
„Uff, udało się. Bezmózgi koks, półdebil w brezentowym drelichu. By go tak cesali. Jak Babcia wyda mi resztę, to wrócę do domu autobusem i gówno mi zrobi.”, pomyślał Kapturek, nie zwalniając przy tym kroku. Po chwili był już pod domem Babci. Stara, waląca się rudera sprawiła, że od razu zwrócił uwagę na błyszczący samochód Wilka. „Kurwa, pomyślał, ten idiota przyjechał tu, żeby mnie przypilnować!” i wyciągnął komórkę. Wykręcił numer i przyłożył słuchawkę do ucha.
-Komenda główna policji-usłyszał po chwili-słucham?
-Halo? Chciałem zgłosić przestępstwo...
*
Półmrok wypełniający pomieszczenie mieszał się z oparami marichuany. Na stole, gdzieś między puszkami po piwie, strzykawkami, szklanymi fifkami i popielniczkami leżała zakrwawiona, nieprzytomna morda Babci. Wyglądał, jakby ktoś go żywcem ukamienował, taką miał z pyska kaszankę. Kapturek zrobił niepewny krok w przód, a drzwi nagle zamknęły się za nim z hukiem. Odwrócił się przerażony, a Wilk od razu chwycił go za szmaty.
-Gdzie masz koszyczek, lamusie?!-Krzyknął do niego i uniósł kilka centymetrów ponad podłogę.
-Nie mam, dresy skroiły mnie na osiedlu!-Kapturek wymyślał historię na szybko, cokolwiek, byle tylko nie powiedzieć, że koszyczek schował w krzakach przy płocie domu obok.
-Gówno mnie to obchodzi, miałeś oddać mi kasę, szmaciarzu! Zaraz dostaniesz taki wpierdol, że nawet do rzeźni cię nie przyjmą! Gadaj, kto ojebał cię z koszyczka, albo obije ci mordę!-Wilk nie dawał za wygraną, ale połknął bajkę o kradzieży.
-Tacy trzej, gówniarze, Sarenka, Zajączek i Lisek, piją tanie nalewki za śmietnikiem...-Kapturek ciągnął bajkę, gdy nagle drzwi otwarły się z jeszcze większym hukiem, niż się zamknęły i prawie wyleciały z zawiasów.
-Policja, nie ruszać się!-Krzyknął wąsaty policjant, mierząc przy tym do Wilka
-Puść go, skurwielu i ręce do góry!-Krzyknął drugi.
-Na ziemię i ręce za głowę, obydwaj!-Krzyknął trzeci.
„Szczęście w nieszczęściu”, pomyślał kapturek, kładąc się na podłodze i czując chłód stali kajdanek, zaciskających mu się na nadgarstkach.

Epilog

Kapturek zeznał przeciw Wilkowi i Babci, co sprawiło, że przesiedział tylko cztery osiem na dołku, szczęśliwie w osobnej kabinie. Po jego wyjściu od razu rozniosło się, że jest z niego pała i prawie nie wychodził z domu. Mama martwiła się o niego, ale tłumaczyła to sobie tym, że synek chce ochłonąć po tym, co go spotkało.
Wilk miał już zawiasy za pobicie jednego wieśniaka na imprezie, więc teraz dostał wyrok. Trzy lata.
Babcia za dilerkę dostał dziewięć miechów w zawieszeniu na trzy lata plus GPTO, czyli Gratisowa Przymusowa Terapia Odwykowa.
Tymczasem koszyczek znalazło trzech gówniarzy z osiedla i od razu poszli z tym do pasera Niedźwiedzia. Wyjebał ich na kasę, ale i tak byli zarobieni na tyle, że przez tydzień pili nalewki za śmietnikiem.

niedziela, 2 stycznia 2011

Sztres

"Frank uchronił się przed wyrokiem śmierci.", takie zdanie można usłyszeć za dwadzieścia siódma na dwójce. Tymczasem każda kolejna godzina naszego życia skraca nam życie o godzinę. Wypadałoby nie żyć, wtedy żylibyśmy wiecznie.