piątek, 31 stycznia 2014

Nigdy już nie wróci

Siadam nadal wieczorami na klatce schodowej i czytam coś, bo przecież coś trzeba czytać, a teraz akurat Stasiuka, kupiłem jakiś czas temu i w miarę czytania przypominają mi się jakieś rzeczy. Koszulka adidas, czarna, z jakby herbem, za duża, bo na mnie wszystko jest za duże, nawet o północy, w upał taki, że myślałem tylko o tym, czy śmierdzę od oblepiającego mnie potu. I niebieska sukienka też tam była. Piosenki o miłości, bo w pewnych momentach wszystkie piosenki są o miłości, jakieś niezdarne zdania wielokrotnie nieskładne, coś o pluciu z mostu, może ławka bez oparcia.

Świadomość, panowanie nad sobą, bycie sobie okrętem i sterem, kapitanem i panem, paskudna właściwość, bo żadne wspomnienie nie jest mętne, wszystko brutalnie wyraźne.

Od jakiegoś czasu tytuł każdego wpisu to tytuł jakiejś piosenki. Dziś straszny smut.

czwartek, 30 stycznia 2014

Music sounds better with you

W poszukiwaniu określonych elementów składowych tego, co od wieków miało tak wiele nazw, jak absolut, prawda, to, nie można się ograniczać do konkretów, myśleć kategoriami systematycznymi. Przede wszystkim trzeba założyć, nie, wróć, przyjąć za pewne, że nigdy nie uda się tego znaleźć, że te pojedyncze kadry, które udaje się na moment uchwycić, specyficzne przymrużenie oczu osoby w tylnim rzędzie, swoje odbicie w szybie samochodu, czyjeś pociągnięcie nosem na przystanku Basztowa, czy specyficzny zapach w podziemnym przejściu, który uderza w potylicę jak kowalski młot - to wszystko zniknie w ułamek sekundy i nie uda nam się tego zatrzymać, a nieliczni szczęśliwcy, którzy ten absolut jakimś cudem znaleźli ujęty na stałe w jakimś zjawisku, oni z kolei nigdy sobie tego nie uświadomią.

Przegrałem dziś mentalną potyczkę w tak nieoczekiwany sposób, źe do teraz się dziwię, jak mogłem przegapić coś tak oczywistego.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Randori

Nadkontrola i nadodpowiedzialność - tego dowiedziałem się o sobie w ten weekend. Poza tym zaatakowały mnie objawy tego czegoś, co dwa lata temu zawiozło mnie na SOR, ale się nie dałem, czyli poszerzania granic kontroli nad sobą samym ciąg dalszy.

Dzisiejszy temat, drogie dzieci, to symulowanie sraczki poziomu drugiego, które różni się od poziomu pierwszego tym, że symuluje się nie tylko w pracy, ale też w domu i wśród znajomych. Poza tym, że to idiotyzm, to jednak wymaga umiejętności i samozaparcia, bo na przykład posiedzieć w kiblu dwadzieścia minut grając w Final Fantasy 5 na komórce, albo pisząc na facebooku, potrafi każdy, ale wpierdalać sucharki, kiedy kolega obok z premedytacją i przesadną zamaszystością żuje soczyste mięso wołowe z pysznym sosem, to już jest sztuka wręcz sceniczna. Szczególnie kiedy głównym motywatorem jest zasadniczo średnia -oh, pardon - cipka.

Za to odkryłem świetnych ludzi na studiach. Już mówimy do siebie per kutasiarzu, komentujemy dupę tej dziewczyny w błyszczących spodniach, albo gapimy się sobie na cycki, jeżeli akurat takowe posiadamy. Naturalnie na wejściu narobiłem gnoju i nikt mnie nie lubił, ale teraz takich zatwardziałych hejterów została tylko trójka, wszyscy zresztą irrelevant.

Podsumowując, człowieka nie definiuje to, kim jest, a to, kim potrafi się stać. Bo Nietzsche to jest chyba najbardziej niedoceniany i źle interpretowany łeb ever. Rzecz w tym, żeby nie stać się kolesiem, który siedzi w kiblu, który służy za garderobę w oczekiwaniu na wejście na scenę

Chyba.

czwartek, 23 stycznia 2014

Takira

Jestem raczej typem zadaniowca. Kiedy pojawia się problem, to automatycznie optymalizuję ścieżkę rozwiązania i idę nią. Jak nie mogę takiej ścieżki znaleźć od razu, to szukam jej szybko i skutecznie. I to wszystko jest dziwnie negatywnie odbierane przez ludzi, nie rozumiem tego, ale to pewnie ma związek z niedoborem emocjonalnym tych działań.

Albo mam aspergera, czy coś podobnego, w tych czasach na pewno jest na to nazwa.

wtorek, 21 stycznia 2014

Celestial anihilation

Lubię antagonistów i uważam, że strącenie Szatana do piekła to był pierwszy przejaw dyskryminacji w dziejach.

EDIT: Przeczytałem kiedyś w internecie, że wada bycia owcą to nuda, a wada bycia wilkiem to samotność.

niedziela, 19 stycznia 2014

Disconnected child

Od zawsze miałem niezdrową tendencję do szukania tego fajnego tam, gdzie sugerował świat. Nawalić się w weekend, bo to jest takie fajne mimo tego, że, zdychając na kaca dzień później, wszyscy patrzyli po sobie i nikt nie chciał na głos przyznać, że nie ma w tym nic fajnego. Cała masa tych fajnych rzeczy rozbita w pył przez jeden spokojny wieczór, przez film ze znajomymi, przez słuchanie Mad world na słuchawkach w dusznym i mokrym MPK, to wszystko pozwoliło mi zrozumieć, że lepiej zostawić fajne rzeczy fajnym ludziom.

Albo po prostu jestem nudny, bo tak też może być.

sobota, 18 stycznia 2014

Unchained melody

Poznałem dzisiaj filozofię posiadania. Zwykle jak mam rzeczy, które zasadniczo działają, ale już ich nie używam, to oddaję je komuś, kto z nich skorzysta. Ale dziś nabyłem kurtkę wiosenną Calvin Klein, która jest na mnie delikatnie za duża i zamiast ją oddać, schowałem i trzymam.

Poza tym zapisałem się na kurs niemieckiego. Jak już pójdę do piekła, to się tam dogadam.

piątek, 17 stycznia 2014

Lux æterna

Z drugiej strony to przecież nie bycie szczęśliwszym zapewnia nam szczęście, a bycie lepszym, nie w sensie bycie lepszym od kogoś, czy lepszym niż inni, a konkretnie bycie lepszym od siebie z dnia poprzedniego. Nie dawać z siebie tyle, ile trzeba, a tyle, ile można, poznać swoje granice i przekroczyć je, a kiedy nie da się ich przekroczyć - obejść.

Być, nie mieć, czy jakoś podobnie.

środa, 15 stycznia 2014

Mad world

Po latach wracam do dawnej, może nawet licealnej, filozofii i powoli dociera do mnie, że to nie ten kulawy hedonizm, który uprawialiśmy, nie zpauperyzowany nihilizm, który był nam banderą, nie Fukitol 50mg w kieliszkach, który spożywaliśmy był tą, tak wtedy kuszącą, autodestrukcją. Teraz właśnie, przez każdą z ośmiu godzin w biurze niszczymy się w taki wyrafinowany sposób. Wszystkie godziny na uczelni, każda minuta przed komputerem, pojedyncza sekunda, którą spędzamy nie tam, gdzie byśmy chcieli, każdy oddech i chwila, których nie dzielimy z tymi, z którymi chcemy - to jest prawdziwa autodestrukcja. Za dwadzieścia, trzydzieści lat spojrzymy wstecz i powiemy tak, osiągnęliśmy to, jesteśmy wyskillowanymi do granic możliwości profesjonalistami ze stabilnym saldem i bez jednego wspomnienia, które otwierałoby w nas furtkę prawdy. Pierwsi jebańcy nowej ery, pionierzy zmarnowanych nadziei, prekursorzy stabilizacji i pewności, którą tak chętnie przyjęliśmy zamiast prostych słów dobranoc we właściwym miejscu i dziękuję do właściwej osoby.

Mam deja vu.

wtorek, 14 stycznia 2014

Sway

Ja wiem, że Silver linings playbook jest, koniec końców, tylko romantyczną dramato-komedią, ale podobał mi się. Tak jakby coś o potworach, które drzemią w nas, choć żaden nie śpi.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Podsumowewywując

Od dupy strony podchodząc, rok 2014 zaczął się od powrotu do Norwegian Wood Murakamiego, udupionego kolosa z mikroekonomii, wrzawy na jednej strone internetowej z powodu mojej szczerej propozycji oraz widma choroby, co podnosi temperature i burzy percepcję.

Soł, tutałzenfortin, wygląda na to, że szału nie robisz i nie wiadomo po co ci wszyscy ludzie tak hucznie Cię witali. Z drugiej strony dzięki za brak szczególnych rewelacji, bo spokój zawsze na propsie.

Aha, fajki nadal mi smakują.