Piorę w rękach, bo nie ufam pralkom. Poważnie. Raz po jakimś większym praniu kumpel mnie pyta
-Po co pierzesz? Co byś nie robił, to i tak będziesz taki sam.
-Piorę, bo mam brudne ciuchy. Jakbym chciał kształtować charakter, to bym sobie kupił wkładkę do butów.
No i pojechaliśmy na ten tur, a czułem dobrze, pajonk. Trafiłem w drabince na Wieśka, który sobie chyba zapomniał z kim gra, później na Robsona, z którym wygrałem tak, że sam byłem w szoku, później Rupert, który zagrał jakby się bał, a później Tenshi pomściła Robsona. I w sumie dobrze było.
Z tym, że chyba potrzebuję wolnego. Tak z rok, albo półtorej. Dwadzieścia baniek w totka, i obiecuję ci, świecie z mojej strony święty spokój. Sny o lepszych czasach, podobno ma je wielu.
Tymczasem o północy w idealnym świecie samotne dusze dumają nad kawą i szlugiem, dym nie leci im do oczu, kiepy nie wpadają do kubka i tylko człowieczki chrupią pod butami, bo z chrzęści i stawu stworzone, tendencje wrodzone do chrupania mają.
Bardzo cenię sobie u Heleny to, że lubi święta tak samo, jak ja, czyli nie za bardzo ją obchodzą. Ot, opierdoliliśmy obiad, obejrzeliśmy Kevina i cała filozofia. Ona się cieszy, że dużo filmów idzie, ja się cieszę, że mam dużo wolnego. Spokój. Tylko gardziołko mnie pobolewa, szaliczek założyłem nawet.
Gdzieś mi giną rzeczy, zapalniczki, minuty, ludzie, było jakby nie dało się bez tego żyć i jeb, budzisz się pięć, dziesięć, piętnaście lat później i myślisz sobie kurwa, miałem taką małą benzynówkę, albo ciekawe, co on teraz robi, przecież wtedy, w piątej podstawówki byliśmy jak bracie and so on, and so on. I siłą rzeczy trzeba oddzielać to, co ważne od tego, co naprawdę ważne, albo co wydaje się naprawdę ważne, bo dziesięć lat temu to było naprawdę ważne, a teraz nie ma tego wcale, albo jest, w postaci siema, nie masz dwa zeta do piwka dorzucić, albo siema Jacek, rzuć że szluga. Takie to jebanie.
Kiedyś doraźnie parę złotych zabijało kłopoty Na chwilę, bo na ile może starczyć tyle? Spełnianie marzeń z dzieciństwa za dorosłe pieniądze często już tak nie cieszy, bo po huj mi klocki lego, chyba żebym się miał o co potykać, albo żebym miał kolejną pozycję na liście rzeczy, na które nie mam czasu.
Z czasem człowiek się chyba po prostu otrzepuje z tego wszystkiego, bez czego da się żyć i spokojnie, przed telewizorem, komputerem, laptopem, za kierownicą, w łóżku, do którego sam kupił materac, a dbał przy tym o wygodę, w butach, których szukał przez trzy miesiące, żeby były ciepłe i niech nawet kosztują trzy stówki, byle nie mokły, a kurwa, nie chce mi się.
Tout passe, tout casse, tout lasse.
Pesymistyczny się jakiś zrobiłem, ale to nie moja wina. Kiedyś, safe inside my final home, znów będziemy się śmiali.
No i wylądowałem w szpitalu. Ze dwadzieścia lat tam nie byłem. Kroplówka, obserwacja, potas, magnez, ziółka smaczne, że dzięki, a ja naprawdę lubiłem guajazyl. Nerwowy pan jest, albo ma pan gnój z cukrem, koniec końców, nie wiadomo, co panu jest. Idź pan, jak się znowu zdarzy, to tydzień pan poleżysz, a na razie idź pan.